Podsumowanie 2021. Księgarnia

Ten rok był rokiem odczytywania wykresów, śledzenia wzrostów i spadków, więc może czytanie też da się sprowadzić do szaleństwa odcinków? (przypis: dane ze grudzień 2021 r. – do 17.12)

Tego roku postanowiłem w literaturze przeprowadzić badania terenowe. W tym celu zgłosiłem się do pewnego konkursu z zestawem utworów, które oceniono na tyle wysoko, że dano mi możliwość bycia finalistą i na tyle nisko, że nie dano mi możliwości bycia laureatem. Chodziło o dykcję – wyjaśnił poeta prowadzący, ale było to już po festiwalu literackim, na którym zrozumiałem, że moja dykcja i ich dykcje są zupełnie różne. Ja wychowany na miłoszach, herbertach, oni już pokolenie dalej albo i dwa, tacy futurystyczni, tacy antyklasyczni, tacy turpistyczni. Na tym festiwalu (rzecz przyjemna, spotyka się ciągle młodych poetów, którzy żyją w niszy, czytają w niszy, mają własne wydawnictwa, spotkania i gorące spory, o których nikt w sumie poza nimi nie wie) zrezygnowałem z poezji, zadowalając się planami reportażu uczestniczącego z poetyckiego życia. Nie znalazłem nań odpowiedniej dykcji, wróciłem więc z torbą poetyckich książek, spośród których jedna zachwycała (a były to „Zakłady holenderskie”, poety-laureata Jurczaka, o którym nie pomyślałem nawet, że jest geniuszem, gdy usiadł w autokarze pełnym poetów na sąsiednim siedzeniu, a był).

*

To nie był dobry rok. Pogrążaliśmy się w mrokach własnej zbiorowej i indywidualnej duszy. Literatura stawała się portem dla wewnętrznej emigracji, szukaliśmy w prozie innych światów a w cudzych biografiach – innych żyć. Może właśnie dlatego powrócił do mnie Jarosław. Najpierw w postaci listów do Lisowskiego (w pomarańczowej serii „Sedna”), potem w kolejnych fragmentach ze starych numerów „Twórczości”, która – o czym nie wiedziałem wówczas – tego roku miała zostać rozszabrowana przez posłusznych literatów nowego porządku, dzieląc los Zamku Ujazdowskiego i kilkunastu innych instytucji. Jesienią „Marginesy” wróciły do „Czerwonych tarcz”, które wybrzmiały dobitnie i trafnie akurat tej ponurej jesieni, potem w serii „Biblioteki Narodowej” pojawił się wybór poezji (ze świetnym wstępem Radosława Romaniuka). Jarosława – pisarza odkrywano na nowo: dyskutowałem o tym z kolegą – przez ostatnie lata bliższy stał się Jarosław – świadek epoki niż Jarosław – pisarz. Grudzień kończy się oczekiwaniem na świadka epoki: zapowiedziane przez „Sedno” powojenne listy Hani i Jarosława.

*

Ten rok był rokiem historii ludowej, która wybuchła jakby w reakcji na nachalną propagandę Wielkiej Polski i która stała się tematem rozmów, dyskusji i kontrowersji. Uderzono w narodowe mity i – zupełnie tak samo jak w przypadku stosunku Polaków do Zagłady – obrona oficjalnej narracji stała się atakiem często pozbawionym argumentów i skierowanym ad personam. Niemniej Leszczyński i Pobłocki rozpoczęli publiczną rozmowę o tym, co dotąd stanowiło specjalistyczną wiedzę historyków badających historię pańszczyzny. W tym nurcie pojawiły się książki dobre, jak również mierne, korzystające z panującej mody. Warto zauważyć, że jedną z lepszych – może luźno związaną z historią ludową sensu stricto, ale jednak głęboko w nią zanurzoną – są „Kłopoty ze sztuką ludową” Ewy Klekot.

*

Podczas gdy pojawiały się monumentalne dzieła, takie jak nowe tłumaczenia „Ulissesa” (którego nakład zniknął zanim zdążyłem je zamówić) i „Boskiej Komedii”, oczarowały mnie krótkie azjatyckie prozy, których hojnie dostarczały „Tajfuny”. Były tak dobre (ta, ta i ta), że nie potrafiłem nawet wybrać, która z nich powinna trafić do finałowej szóstki. Potrzebowałem prozy, a chociaż po rocznej przerwie zajrzałem też do non-fiction, to i tak nie potrafiłem docenić reportaży. Biografie za to okazywały się albo bardzo dobre (jak wspomniana poniżej biografia Szymanowskiego) albo wyjątkowo rozczarowujące (o nich nie wspomnę).

*

To był rok, w którym nasz kraj pogrążał się w czymś, co bałem się nazwać . To dlatego dostrzegałem podobieństwa w historiach z innych ciemnych miejsc. Doskonałe były „Historie z ojczyzny” Ayfer Tunç ze znajomymi obrazami prowincji. Swoją frustrację, tylko że zwielokrotnioną tysiąc razy, odnajdowałem w „Zadupiach” Antonio Lobo Antunesa (najlepszej narracji, czy też dykcji, czytanej w tym roku). Po zeszłorocznym bardzo dobrym debiucie, Dorota Kotas wydała w tym roku jeszcze lepsze „Cukry” (a na przyszły rok szykuje już trzecią książkę). Niby w nurcie historii ludowej, ale też trochę wbrew jej głównym tezom, wyszedł „Upiór. Historia naturalna” Łukasza Kozaka (obłędnie zilustrowany przez Aleksandrę Waliszewską), który wiele mówi nie tylko o kulturze ludowej, ale i o polskości. Wreszcie w dziale biografii „Uwodziciel” Danuty Gwizdalanki, książka o Karolu Szymanowskim napisana tak, że można łudzić się, że to Jim Morrison albo David Bowie, a nie kompozytor z Tymoszówki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s