Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Jerzy Lisowski, Listy 1947-1979

Balthus, Chassy. Przy kominku w pracowni, 1955, źródło: pinterest.com. Jest w nich obu, mam wrażenie, Balthusie i Iwaszkiewiczu, coś wspólnego, coś, co Robert Papieski we wstępie do „Listów”, określa mianem religii życia. Nieprzypadkowo, myślę, zestawiam ich ze sobą: malarza rozkwitających dziewcząt i miłośnika młodzieńców (Nie można pisać o chłopcach, nie mając do nich chociażby lekkiego pociągu (t. 2, s. 18)). Usiłujących posiąść dar unieśmiertelniania.

1.

Już ten wstęp, autorstwa Roberta Papieskiego, wspaniały. Wypisuję zdanie o przymałym łóżku (tu go nie będę powtarzał, sprawdźcie sami na s. 14), ale zachwycam się tym, co redaktor listów pisze o Jarosławie-Dionizosie, idąc zresztą śladami i Józefa Majewskiego (tutaj) i Tomasza Cyza (tutaj), które prowadzą na Sycylię, i do książek Kerenyi’ego (tutaj). Ta mityczna perspektywa trochę inaczej pozwala mówić o Jarosławowych małościach (o czym jeszcze poniżej). Kiedy jedenaście lat temu pojawił się w moim życiu, byłem jeszcze przekonany, że moi bohaterowie nie mogą mieć skaz. Coraz bardziej i w nich, i w sobie, potrafię je dostrzegać. Listy Jarosława (bo listów Hani jest w zbiorze niewiele) i Jerzego Lisowskiego dużo o tych skazach mówią. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że pierwszy tom (do momentu powrotu Lisowskiego z Francji) to nawet nie listy, a wyznania. W żadnych innych listach, a przecież wydano już ich całkiem sporo, nie ma takiej szczerości i otwartości.

Moment powrotu adresata zmienia ich ton i charakter. Tom drugi to właściwie korespondencja służbowa, serdeczna, lecz wypełniona kształtami kolejnych numerów „Twórczości” i sprawami bieżącymi.

2.

Konfesje. Bardzo mi przypominają te listy z pierwszego domu dzisiejsze kilometry wiadomości na mesendżerze. Jarosław (a może zresztą każdy) potrzebuje czułego adresata (trawestując noblowski esej), tego, który swoim czułym uchem (okiem?) potrafi wysłuchać. Nie odnajduje już takiego czułego słuchacza w Stawisku (stąd jakże inny ton rodzinnych czy miłosnych listów). Nie chce dać się ograniczyć do ślubów i rozwodów córek, wychowania i chorób wnuków, rachunków gospodarstwa: nie chce stać się przeciętny. Pragnie uznania i jest w nim ta szalona, naiwna potrzeba podziwu. Przy okazji korespondencji z Józiem Rajnfeldem pisałem o relacji hołubienia i schlebania. W przypadku listów do Jerzego Lisowskiego jest jednak inaczej: ten związek od pierwszego paryskiego spotkania, od pierwszej czułości jest równorzędny – to Lisowski nadał mu ten dojrzały rys, nie schlebiając i nie oczekując hołubienia.

Nie jestem pewien, czy bez możliwości takiego wyznania, bez owego czułego adresata (nie tylko zresztą adresata akurat tych listów), małżeństwo Iwaszkiewiczów dotrwałoby do samego końca (pomijam tu pewien stopień oportunizmu samego Jarosława).

Potrzebował zachwytu. Zachwyt to ten moment, w którym pokonujesz codzienność, w którym twoje zmysły zostają jakby oświetlone, punctum Barthesa. Szukał tego zachwytu w ciele. Często naiwnie jak w tej scenie, gdy biegnie za trójką licealistów po warszawskiej ulicy. Rzeczy, o których się nie mówi, które się potępia.

Czuły adresat i zachwyt – bez niego nie istniejesz (wstaw odpowiednią gramatycznie liczbę i osobę).

3.

Czasami pisał głupio i nie potrafił tego pojąć. Dość niesamowite, że broni swojego marnego wiersza (w stylu socrealistycznym) na równi z innymi o niebo lepszymi, ba, chce umieścić je w jednym tomie, jakby nie słyszał żadnego dysonansu, żadnego fałszywego dźwięku. Jeszcze gorzej wypada on, Europejczyk (nagle zachciało mi się tej nagrody ze względu na jej europejskość – pisze o Noblu w styczniu 1950 roku) ze swoim artykułem o Croce, który pozwala przedrukować we Włoszech, budząc powszechne oburzenie. Nawet oportunizm nie jest tu żadnym wyjaśnieniem.

Z drugiej strony ów oportunizm jest łatwiejszy do usprawiedliwienia w czasach, które zaczęły przypominać te słusznie minione (czy to nie o tych też, co trwają w urzędzie zamiast jasno wypowiedzieć swoje zdanie?).

Srogą cenę zapłacił Jarosław za swoje błędy. Jeśli mówimy dziś o kulturze wykluczania czy wygumkowywania (cancel culture), tych, którzy nie odpowiadają współczesnym standardom moralnym, na myśl od razu przychodzi on, który właściwie przez całe dwudziestolecie (od swojej śmierci do przełomu wieków) był wielkim nieobecnym, gdzieś w czyśćcu. Renesans Jarosława, coś, co mnie niepomiernie cieszy, zawdzięczamy pokoleniu tych, którzy jego już osobiście nie znali.

Jeśli się dobrze zastanowić nad listami i dziennikami dzisiaj Jarosław – podobnie jak Balthus, którego arcyczułe obrazy chcą zdejmować ze ścian galerii – popadłby w cancel culture z zupełnie innego powodu. Mam jednak nadzieję, że żadna inkwizycja nie będzie próbowała po raz wtóry wygumkowywać jego obecności. W końcu traktuję go jak swojego nieświętego patrona.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s