O obronie demokracji

 

(Autor bloga szykuje się do rozmów przy świątecznym stole.)

1.

Dziwię się widząc pod transparentami tuzy tamtej władzy. Chyba nie są do końca świadomi, że ta tragifarsa (przykro mi, ale nie jest grecką tragedią sztuka, w czasie której publiczność pęka ze śmiechu), która dzieje się teraz, jest ich winą. I naprawdę twarz Ewy, Radosława, Romana i parę innych twarzy, to nie są twarze demokracji. Nie pojęli, że zgubiła ich własna pycha, ich pewność zwycięstwa.

Tamte rządy chyba najlepiej określa nazwa firmy, którą reklamował na boisku w Chicago były jowialny prezydent. Republika cinkciarzy, drobnych oszustów, których władza miała trwać dla trwania. Jej dwoma figurami symbolicznymi było dwóch Janów. Umarły doktor Jan, który wrósł w państwo i uczynił z niego maszynkę do generowania zysków oraz Jan B., który jest postacią emblematyczną dla całej partii z zieloną koniczynką, która objęła uściskiem wszystkie szczeble państwa niczym ‘ndrangheta Kalabrię.

Była żałosna tamta władza, a w swej agonii budziła bardziej politowanie niż obrzydzenie. Przypomnijcie sobie podsłuchane dyskusje w pokojach dla elit i wszystkich, dziennikarzy, polityków, publicystów udających, że nic się nie stało, że to tylko źli kelnerzy, a nie ten koszmarny chichot farbowanej blondynki.

Republika psuła się od środka i potrzebowała zmiany. Ale błąd nie tkwił w mechanizmach demokratycznego państwa prawa, błąd tkwił w neoliberalnym podejściu do gospodarki, w braku zainteresowania problemami, których podjęcie wiązało się z ryzykiem utraty władzy (jak gospodarka mieszkaniowa, edukacja, opieka zdrowotna, rozwój lokalny, wreszcie kwestie światopoglądowe), w jawnych przykładach niesprawiedliwych sądów i nierzetelnych procedur, w tupecie i bezczelności Sławków, Zbyszków i El: klasy próżniaczej otyłej po ośmiu latach niemrawych rządów. (Nie da się tu nie wspomnieć o Jolancie Brzeskiej, której śmierć stała się symbolem wycofania się państwa i oddania ludzi na żer rynkowym sępom).

Republika potrzebowała zmiany, bo jeszcze rok, dwa i zupełnie by zgniła. (Mówię to ja, świadek, który widział jak w ciągu kilku miesięcy myślenie strategiczne zostało zastąpione czystym marketingiem politycznym). 

2.

Śmiałem się w pierwszych dniach z obrony demokracji. Zwłaszcza, że o jej obronie mówili ci, co przedtem wierzyli, że wybory wygrywa się za pomocą telewizyjnych szoł i sformatowanych reklam, tudzież obiecywania posad krewnym i znajomym. Nawet pomyślałem, że czemu demokracji bronić przed demosem, który wybrał tak, a nie inaczej (nawet jeśli uważam, że postąpił głupio).

Ale nagle się przestraszyłem, że to jednak kruche było, to nasze państwo.

3.

Ci, co przyszli, mówią, że niosą dobrą zmianę i że trzeba obalić republikę okrągłego stołu. Widać w nich ten rewolucyjny zapał, piękna rzecz u idealistów, którzy nie powstrzymają się przed niczym. Zniszczyć prawo czy wyciąć puszczę. Wreszcie spełnić fantazje Rymkiewicza.

Nie chodzi przecież o jakieś państwo, chodzi o nasze łaknienie, napawanie się tym, że byliśmy poniżeni a dziś jesteśmy zwycięzcami. Kiedy słyszę o dobrej zmianie, to myślę o tych wszystkich, którzy dochodzili do władzy pod hasłami odbudowy i przemiany (również moralnej). Owi mężczyźni w okularach, nienawidzący komunistów, którzy tak pięknie mówili o Reorganización Nacional, i którym biskupi błogosławili (cóż za podobieństwo biskupiego oportunizmu).

Języka można używać na dwa sposoby. Po pierwsze, zmieniać znaczenia jego słów. To podstawowy mechanizm, który najlepiej opisał Orwell. Każda władza, która chce poskromić społeczeństwo, musi zacząć od znaczącego i znaczonego. Musi przekonać, że za określeniem „dobra zmiana” kryje się dekonstrukcja mechanizmów państwa prawa albo czystki personalne. Podobnie jak za piękną formułą Reorganización Nacional: tortury i nocne zaginięcia ludzi. Powoli wszyscy przyjmują nowe znaczenia słów, najpierw sformułowań z dziedziny władzy (np. demokracja), potem – nazw obiektów i rzeczy, wreszcie, zwyczajnych wyrazów, które oznaczają coś innego niż dawniej (np. określeń czynności, których dokonuje władza).

Zmiana znaczenia słów może się nie udać, póki nie wykorzysta się języka w inny sposób: segregując społeczeństwo. Język – co pokazuje bardzo smutny przykład Radia Tysiąca Dolin – może budzić najgorsze pokłady człowieczeństwa: zazdrość, zawiść, wreszcie nienawiść. Przedstawiciele nowej władzy do perfekcji opanowali sztukę dzielenia językiem, szczucia jednych na drugich (zresztą ta łatwość oskarżeń i insynuacji jest cechą charakterystyczną dla tej formacji umysłowej).

W kraju, w którym wskaźnik zaufania jest na niskim poziomie, używanie języka do wzbudzania jeszcze większej nieufności, jest działaniem skrajnie nieodpowiedzialnym. Podobnie zresztą jak podważanie zaufania do nielicznych jeszcze instytucji, które zaufanie utrzymały. Ale, oczyśćmy język z fałszu, w tej „dobrej zmianie” nie chodzi o republikę. Przynajmniej nie o republikę, w znaczeniu znanym nam dotychczas.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s