O budowie Państwa Bożego nad Wisłą, czyli wstęp do analizy arcykatolickiej władzy

 

Dochodzi do władzy pewna formacja umysłowa, której przedstawicieli opisywałem zawsze jako arcykatolików. Określa się ona jako nowoczesna: łącząca wierność katolickiej tradycji z umiłowaniem polskości. Koszulki nosi z Polską walczącą i wie doskonale co grzech, a co nie grzech.

Myślę, że najlepiej wyraża się w tym, co robi ostatnio bardzo często: w krytyce Franciszkowego pontyfikatu. To przecież tuzy tej grupy oskarżały Franciszka o to, że właściwie został wybrany przez pomyłkę (to samo pokrętne tłumaczenie, które pojawia się w sprawie Trybunału) albo że jest idiotą (to z nowo powołanego eksperta od sztuki filmowej). Ta zupełnie nieuprawniona ostrość sądów, poczucie misyjności i posiadania, danej przez Boga, racji, upodabnia tych, wykształconych w końcu, ludzi do religijnych ekstremistów. Nie na darmo wielu z nich z lubością wypowiada się o czasach krucjat.

Logika podejrzeń, którą stosują wobec papieża, znajduje zastosowanie wobec każdego. Podobnie jak skłonność do szkalowania i wyolbrzymiania: dzieci poczęte metodą in vitro, uchodźcy, politycy innej partii, demonstranci na ulicach. Caedite eos! Novit enim Dominus qui sunt eius! W podręcznikach teologii moralnej mówi się o nadmiernej skrupulatności: to właśnie przypadek owej grupy – pracowicie wyliczają innym grzechy, zastępując organy sądownicze (Trybunał Konstytucyjny to tak naprawdę małe piwo, uzyskać wpływ na wyroki Sądu Ostatecznego to byłoby osiągnięcie).

W ich refleksji (bo to nie są polscy biskupi, oni dużo myślą) widoczne jest odchylenie eschatologiczne. W tej apokaliptycznej perspektywie rozpatrują zarówno człowieka, jak i historię. Wiedząc o ludzkiej skłonności do grzechu pragną, aby państwo i jego prawo nadzorowało sumienia. Narzucić wszystkim swoją własną wyostrzoną moralność. Być może czynią to nawet w dobrej intencji: chcą przecież zbawienia, a nie potępienia. Nie ma jednak mowy o niuansach, o przyglądaniu się ludzkim dramatom – to też uważają za błąd Franciszka, w jednoznaczny sposób chcą oceniać ludzi, tak uczyć historii, takie filmy kręcić. Nie muszą rozumieć co znaczy demokratyczne państwo prawa, skoro jest ono tworem ludzką ręką uczynionym. Dopiero pełne przeniesienie wymogów moralnych religii na prawo państwowe mogłoby uświęcić instytucje civitas terrena.

Ta rygorystyczna moralność zamyka równocześnie drogę dla dialogu i miłosierdzia, dwóch najważniejszych kwestii obecnego pontyfikatu. Nie pora jest pełnić uczynki miłosierdzia, kiedy toczymy walkę dobra ze złem o ludzkie dusze. Nie można wyciągać ręki, bo można się złem zarazić jak trądem. Nie należy rozmawiać, bo może to jedynie zachwiać naszą pewność. Moralny osąd rzeczywistości bardzo szybko prowadzi do pogardy i nadużywania wielkich kwantyfikatorów.

Przekładając powyższe punkty na język polityki, otrzymujemy program działania zabójczy dla państwa i jego instytucji. Program państwa autorytarnego, w którym wolność (wolność jest zawsze podejrzana i zawsze, od czasu owocu, który podała Adamowi Ewa, skłania do grzechu) zastępowana jest kuratelą (bo władza w przeciwieństwie do maluczkich umie odróżniać dobro od zła). Mamy przepis na państwo strzegące moralności niczym frankistowska Hiszpania (Franco, podobnie jak Pinochet, jest na liście idoli arcykatolików, zaraz obok żołnierzy wyklętych). Państwo, w którym Boga nie da się oddzielić od Ojczyzny, a sprzeciw wobec władzy jest już bluźnierstwem.

Z punktu widzenia religijnego, myślenie takie nie jest czymś wyjątkowym. Rygoryzm, pewność swojej racji, logika podejrzeń to cechy, które dość dobrze znamy z opowieści ewangelicznych. To przecież o tej formacji umysłowej wypowiada się Jezus: dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę (…) z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości (Mt 23, 23.28). Przed takim podejściem do świata przestrzega ciągle, i za to od arcykatolików obrywa, Franciszek. Chrześcijaństwo – traktowane jako zbiór nakazów i zakazów – jest dla arcykatolików własnością, której mają strzec przed każdym, kto myśli inaczej, nawet jeśli byłby to papież. Takie podejście jest zabójcze dla każdej żywej religii.

Przeglądając strony, profile na portalach społecznościowych lub publikacje w gazetach, szybko dostrzeżemy, że jest kilka wyróżników języka tej grupy (co charakterystyczne, to również nie zmieniło się od czasów mów Chrystusa przeciw faryzeuszom).

Po pierwsze, jest to język pogardy. Garściami czerpał z niego Kościół instytucjonalny w Polsce w debatach nad in vitro (niechlubna bruzda Longchamps de Bériera), nie mówiąc o politykach prawicy. To od owego festiwalu oskarżeń, insynuacji i pomówień z lat 2005-2007, zaczyna się śmierć rozmowy publicznej. Takie postaci jak Ziemkiewicz, Terlikowski czy Semka są sztandarowymi przykładami antydialogu. Zresztą przyjrzyjmy się debatom ostatnich miesięcy: czy to o uchodźcach, czy o Trybunale, jak ociekają one językową przemocą i poczuciem moralnej wyższości. Pogarda jest pochodną przekonania rycerza wiary o własnej czystości. Zadziwia, że wśród nich jest tak wielu uczniów księdza Tischnera, filozofa, który większą część życia poświęcił sporom o kształt dialogu czy to na poziomie religijnym, czy też politycznym.

Odrzucanie miłosierdzia, czyli istoty nauczania Mistrza z Nazaretu, tudzież podważanie dobra czynionego przez kogoś innego niż ja sam (dobro w arcykatolickim ujęciu jest ekskluzywne) świadczy o hipokryzji. Podobnie jak przyzwolenie na korzystanie z kłamstwa w celu moralnie, w ich mniemaniu, słusznym. W działaniu politycznym są bowiem arcykatolicy bardziej uczniami Makiawela niż doktorów Kościoła. Nie jestem pewien, czy nie potrafią dostrzec tej dwuznaczności, czy też umieją ją usprawiedliwić w kategoriach wieczności.

Wreszcie, trzecim wyróżnikiem jest zupełny brak poczucia humoru. Jeśli się bowiem żyje tylko wielkimi rzeczami, jeśli się zaprząta umysł pragnieniem zbawienia, nie można po prostu żartować. Własna misja jest czymś nadto poważnym, by spojrzeć w lustro i zobaczyć swą błazeńską twarz. Znów zbyt niepoważny jest Franciszek, jakby nie rozumiał swojej odpowiedzialności, tak jak oni doskonale zrozumieli swoją.

Więc nadchodzą. Nazywają siebie Polską. Ubierają się w garnitury. Słyszysz ten poważny ton: odtąd będziecie mówić o Bogu, Honorze i Ojczyźnie (pamiętaj, trzy wielkie litery!), jednych miłując a innych skreślając. Nie ma gorszej władzy niż ta co twierdzi, że jest miarą moralności.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s