Sztuka przegrywania (po raz drugi)

 

(Mimo zapowiedzi, nie mogę uniknąć powyborczych komentarzy).

Istotą systemu demokratycznego (a być może również jego największą słabością) jest to, że władza jest emanacją społeczeństwa, i to nie tego wymarzonego społeczeństwa idealistów, gdzie każdy dba o dobro wspólne i grabi zespołowo osiedlowe trawniczki, ale tego społeczeństwa, które robi również brzydkie rzeczy: psy wyprowadza na najbliższy trawnik albo i wycieraczkę sąsiada, mówi ch.. i du.., tudzież nie czyta poezji, w ogóle nic nie czyta (chyba, że na gazeta.pl wiadomości o prześwitujących sutkach księżnej Kate).

Jeżeli płacze się teraz nad rozlanym, tej niedzieli, mlekiem, to warto się zastanowić, co się stało ze społeczeństwem, że w parlamencie zasiądzie Scyzoryk z Galicji. Czy może nie doprowadziły do tego, przed czym wielokrotnie ostrzegano, reformy edukacji i szkolnictwa wyższego, chcące widzieć w uniwersytecie nie miejsce refleksji, ale produkcji zasobów na rynek pracy? Jeśli wytrzebi się z ludzi umiejętność krytycznego myślenia, nie można się dziwić, że poparcie uzyskują hasła demagogiczne. Tak samo jak nie można się dziwić tym, że uwodzą ich proste wizje, spiskowe teorie i łatwo wzbudzane uprzedzenia.

Od wielu lat opowiada się o konieczności działań wspólnotowych w szkole (jest nawet taki martwy dokument, nad którym czuwam, który opisuje jak będzie z tym dobrze), jednocześnie ciągle premiując zachowania egoistyczne. A to właśnie w szkole – w wyścigu testów – zaczyna się dziki kapitalizm i brak dbałości o wspólnotę. Szczątkowe poparcie dla postulatów partii lewicowych kontrastuje, zwłaszcza w sieci, z neoliberalnymi sloganami o świętej własności i przedsiębiorczości. Więcej: mimo lekcji religii w szkole, Polacy mają duży problem z miłosierdziem (co dotyczy zarówno wyborów politycznych, jak i samego Kościoła).

Władza jest emanacją społeczeństwa – to nauczka zarówno dla rządzących do tej pory, jak i dla nowych rządzących – i chociaż powszechne jest społeczne przyzwolenie dla nieuczciwości, dotyczy ono tylko nas samych, a nie władzy. My możemy popełniać grzeszki, władzy się ich nie wybacza. Najlepszy z byłych ministrów spraw zagranicznych wciąż tego nie pojął (ale jeśli o sobie ma tak wspaniałe zdanie, wątpię, czy nasz Pan Balonik pojmie kiedykolwiek). Duża w tym wina służalczych mediów, które np. w podsłuchach dostrzegały nieuczciwość kelnerów, a nie polityków, opisując, że to błahostki. No to błahostki przy urnie zamieniły się w sprawę poważną.

Na tyle poważną, że dwie partie muszą odejść od słoika z konfiturami, a jedna wreszcie się do niego dobierze. A tu jest największy mit tych wyborów: że chodziło w nich o wartości, interesy, dobro społeczeństwa albo narodu, o Boga, honor, ojczyznę, że teraz trzeba się bać albo czuć się gorzko rozczarowanym. Nie, chodziło wyłącznie o te konfitury. Może, w sumie, pomyliłem się w pierwszym zdaniu: istotą systemu demokratycznego są konfitury.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s