Elegia dla Molenbeek i pomniejsze utwory polityczne

 

(Widok na nabrzeże dzielnicy Molenbeek, grudzień 2012, źródło: autor bloga)

 

1.

Tego grudniowego ranka dotarłem do mostu na rzece i spojrzałem na kolorowe wiatraczki kręcące się wzdłuż nabrzeża. Zawróciłem, bo o pierwszej zaczynały się obrady a przyjechałem tu właśnie z ich powodu, a nie żeby zwiedzać miasto na literkę B. Druga strona rzeki wyglądała zresztą podobnie: rzędy kamieniczek, szyldy z Jupilerem i Stellą Artois, wąskie uliczki: Molenbeek, od wczoraj najsłynniejsza z dzielnic miasta na literkę B.

Co jakiś czas przekonujemy się, że lęki prawicowych publicystów i lęki Oriany Fallaci nie są całkiem bezpodstawne. W pięknych miastach Zachodniej Europy są takie miejsca gdzie jest lepiej chodzić z nożem: sami je sobie stworzyliśmy, uznając, że poprawność polityczna nie pozwala nam na interwencję. Powstały więc dzielnice, gdzie imamowie nauczają o zniszczeniu resztek europejskiej kultury, skąd młodzi ludzie wyjeżdżają na święte wojny, gdzie codziennością jest obrzezanie kobiet i zabójstwa honorowe (jak w Berlinie), dzielnice, nad którymi państwo straciło kontrolę (patrz szczera wypowiedź belgijskiego ministra spraw wewnętrznych).

Że tracimy Molenbeek wiadomo było od dawna (robię przegląd prasy lokalnej z Molenbeek): burmistrz dzielnicy zaproponowała frankofonom kursy języka arabskiego, żeby się lepiej integrowali z sąsiadami; trójka radnych przeprowadziła głodówkę w geście solidarności z aresztowanym w Maroku terrorystą; prelekcję o syjonizmie w ośrodku kultury firmował plakat żywcem wzięty z „Żyda Süssa„. Parę kilometrów dalej, we wrześniowe popołudnie, zastanawialiśmy się jak kulturę europejską przystosować do kultur napływowych, z czego jeszcze zrezygnować, jak jeszcze bardziej okazać obcym własną słabość. (Cały czas zastanawiam się u kogo narodziła się ta chora idea, że należy rezygnować z własnych wartości, żeby inni nie musieli ich przyjmować a przez to szybciej nas pokochali?)

Radykalny islam wlał się w naszą duchową próżnię, w mapę pustych kościołów. Uległość: wycofaliśmy się z naszym państwem i kulturą, dygając uprzejmie i mówiąc czujcie się jak u siebie. Nie, nie, to my się dostosujemy do waszych potrzeb. Nie potrafiliśmy się bronić, bo zwyczajnie nam nie zależało, dlatego nie będzie więcej Molenbeek.

2.

Obudziliśmy się dopiero teraz, gdy usłyszeliśmy strzały w miejscu, w którym nie powinno ich być. Bo co innego strzały gdzieś daleko, przyznacie, a co innego tutaj. 

Musimy przyjąć do wiadomości, że teraz już tak będzie. Że na naszym kontynencie trzeba brać pod uwagę ryzyko utraty życia w sposób, który od lat znamy z relacji z Bliskiego Wschodu.

Kiedy wszyscy w Polsce żyli „największym możliwym zagrożeniem”, czyli Rosją, autor bloga pisał: o ile rosyjskie wojska stoją pod Donieckiem, o tyle Kalifat jest już na przedmieściach Paryża i Londynu. Stało się, Kalifat uderzył.

Nagle okazuje się, że mamy się bać czegoś innego.

3.

Wczoraj na portalu „Gazety”, zdaje się, zaszła pomyłka i opublikowano dane porównujące Syrię z 2005 roku z tą dzisiejszą. Okazało się, że ten ponury kraj pod butem okrutnego dyktatora – jak powtarzają nam media – kwitł. Mniej więcej wtedy razem z naszymi sojusznikami postanowiliśmy wprowadzić w nim demokrację, wspierając islamistów, tak, tak podobnych do tych z Molenbeek, w walce ze świeckim prezydentem.

Wieczorem kolejny ekspert, ekspertów teraz jest na tony, komentuje w radiu, że dyktator Putin wspiera innych dyktatorów i to jest złe. Nic ów ekspert ostatnio się nie nauczył. Bo o tym, że to Rosja ma w przypadku Syrii rację świadczy coraz więcej:

(1) nasilenie akcji odwetowych ze strony Państwa Islamskiego; (2) rozpoczęcie realnych, a nie pozorowanych działań (Państwo Islamskie bez wyraźnych rezultatów atakowano od sierpnia 2014 r.!) przez Stany Zjednoczone; (3) amerykańskie wsparcie dla Kurdów, z obawy przed zawiązaniem przez nich koalicji z Rosją (Kurdów bombarduje nadal nasz rzekomy sojusznik, czyli Turcja); (4) dostrzeżenie, że dotychczas wspierane grupy bojowników są również islamistyczne i radykalne (początkowo, gdy Rosja bombardowała ich pozycje, próbowano twierdzić, że jest zupełnie inaczej i z nimi będzie pełna demokracja).

Putin jako jedyny przywódca na szczycie G20 miał cojones, żeby powiedzieć, że wśród uczestników spotkania są sojusznicy Państwa Islamskiego. Mimo że jest to konstatacja mało odkrywcza, nikt tego publicznie nie chciał przyznać (tutaj: o współpracy Turcji z Państwem Islamskim). A jeśli szukać winnych radykalizacji mieszkańców Molenbeek i innych dzielnic, trzeba powiedzieć o islamie salafickim, którego mecenasem jest Arabia Saudyjska.

(Może to zdanie zabrzmi kontrowersyjnie, ba z pewnością, ale głos rozsądku w Syrii to głos mówiący po rosyjsku).

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s