Dziennik. O jesieni w mieście na literkę B

 

(Bruksela, jesień 2006, źródło: autor bloga)

 

W wersji kanonicznej ta opowieść powinna zacząć się tak: autor czuje w ustach smak magdalenki (tutaj: wafla czy też gofra z Liège, dokładniej z Senatorskiej), a w uszach sonatę Vinteuila (tutaj: Jacques Brel, Greatest Hits, płyta jeszcze z czasów licealnych) i przypomina sobie tamtą jesień, w której i wafle, i Brel były ważne.

Tej nocy wyszedłem z korytarzy metra na Rondzie Schumana. Jak zwykle trwały prace budowlane i padał deszcz. Potem schodziło się ulicą w kierunku kamieniczek, których każdego dnia było coraz mniej, bo zajmowały miejsce dla przyszłego hotelu, nijakiego jak większość nowych budynków w okolicy. Mijało plac z frytkami a potem kierowało się w stronę lidla i bożonarodzeniowego ciasta, które do dziś jadam z nabożeństwem. Padało coraz mocniej i było już ciemno, gdy docierałem do platanowej alei Luizy, wsiadałem do windy, która jak w „Dynastii”, zawoziła mnie wprost do mieszkania.

Tamtej samotnej jesieni działo się bardzo dużo. Zrastałem się z miastem, węszyłem po nim, zapuszczałem się w nie, kolekcjonowałem jego fragmenty. Zacząłem wtedy przedkładać modernizm ponad secesję. Wieczorami odwiedzałem kabinę telefoniczną Hinduski o hennie na dłoniach, po drodze mijając węgierską restaurację i bryłę kościoła ormiańskiego, który schował się za jednym z bloków Luizy. Oddawałem się pochmurności i hipochondrii.

Aż dziwne, że tak mało jest na tym blogu o tym, co się wtedy działo z jego autorem (dokumentacja fotograficzna okazuje się też nader mizerna, może dlatego tyle pamiętam?). Nie ma królowej Fabioli w kościele na Sablonie, wieczornych spacerów najpiękniejszą aleją Moliera i lęku, że na jej końcu jest szpital, odkrycia Uccle na końcowym tramwaju, przechadzki z K. aleją Lepoutre, skweru z papugami, godzin we fnacu w dziale sztuka, niedzielnych mszy w opustoszałych kościołach. Może jedynie ten zapis poniżej był jakąś nieudolną próbą opisu:

Odkrywanie geometrii ulic jest jedną z najbardziej fascynujących rzeczy. Nigdy nie wiem, dokąd mnie zaprowadzą. Wybiegają spod domu i zakrzywiają się nagle albo gwałtownie wyprowadzają mnie w nieznany krajobraz. Nagle okazuje się, że miejsca całkiem znajome są zaproszeniem do rzeczywistości nieznanej i tajemniczej. Tramwaj, którym jeżdżę codziennie, potrafi też zabłądzić po torach tam, gdzie mnie nigdy nie było. Ulice prężą grzbiety niczym koty. Daleko jest naprawdę blisko. Błąkam się po omacku. Tajemnicze objawienia się kościołów, domów i parków. Odkrywam place schowane między kamienicami, witraże nad oknami, portugalskie sklepiki. Wszystko ukryte w plątaninie ulic.

A może o tym, co jest w życiu ważne, dowiadujemy się dopiero potem? Kiedy już się wyjedzie, utraci, powoli zapomni szczegóły i zacznie tęsknić za przeszłością? Gdy miejsce utraconego miasta zajmuje to wyobrażone, do którego możesz wracać w każdym śnie. Z tej transformacji rodzi się przecież literatura.

(07.11.2015, rano)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s