
Emily van Duyne, Kochając Sylvię Plath. Jak Ted Hughes wykorzystywał Sylvię za życia i po jej śmierci, tłum. Agata Ostrowska, Znak 2026
1.
Zupełnie inaczej odczytywałem Sylvię Plath. Może dlatego, że zacząłem od dzienników, a nie od poezji. Owszem centralnym punktem myślenia czy mówienia o niej była samobójcza śmierć (ikoniczna – nie bójmy się tym razem tego sformułowania), ale jednak spoglądałem na życie. Dzienniki są zapisami jego intensywności, pragnienia pełni, świadomości ograniczonego czasu. Sylvia w wieku dwudziestu lat okazywała się dojrzalsza ode mnie ponad dekadę później.
Łączyłem je ze sobą: Sylvię i jej rodaczkę z Nowej Anglii, Franceskę.
Może to różnica ujęć. Anglosaskie zwraca większą uwagę na psychologię, doszukuje się motywów, kontynentalne ze spokojem, bez histerii, która otoczyła śmierć Sylvii, przyjmuje Sein zum Tode. Nawet nie potrzebuje, żeby obmyślać jej życie.
Nie domyślałem się, że wokół jej samobójstwa narosło tyle kontrowersji, aż zaczęły przesłaniać rzeczywistą Sylvię Plath.
2.
Samym centrum „Kochając Sylvię Plath” jest rozdział o „Listach urodzinowych” Hughesa, bardzo podobny do moich czytelniczych wrażeń.
Zupełnie nie rozumiem w jaki sposób krytycy i czytelnicy odczytywali ten zbiór jako świadectwo miłości (długa pieśń miłosna, krzyk cierpienia, por. s. 182), skoro cały tekst mówi wyłącznie o miłosci własnej Tadzia (prawidłowo powinien być Edzio, ale brzmi gorzej).
I wcale nie trzeba tutaj wyrafinowanego aparatu feministycznej krytyki i #MeToo. Może wystarczy pozbyć się zaślepienia wielkością poety, żeby zauważyć fałsz jego wersów.
Tadzio w „Listach” jest – jak zauważa Emily van Duyne – bezsilną ofiarą Assii i Sylvii, kochającą, bierną personą, czasem lunatykiem, czasem pielęgniarzem, czasem zaś wiernym psem, a Plath jego panią (s. 185).
„Listy” są ostatnim aktem, który ma dopełnić mit, budowany poprzez wymazywanie Sylvii (i Assii), kontrolę nad jej rękopisami i wydawaniem jej spuścizny, wreszcie nadzorowaniem sposobu pisania biografii. Hughes był Orfeuszem, a Plath martwa (s. 182).
3.
Emily van Duyne jest radykalna.
Do oskarżenia Hughesa, moim zdaniem, wystarczy to, w jaki sposób konstruował swój mit kosztem Sylvii, wmawiając wszystkim, że śmierć wybrała na długo przed lutym sześćdziesiątego trzeciego.
Martwa Sylvia Plath, martwa Assia Wevill, wreszcie martwa mała Shura – cmentarny rozdział „Kochając…” uderza w Hughesa najmocniej. Oszalały od własnego ego, poeta-laureat staje się anty-Antygoną, łamiąc wolę zmarłych. Ciało Sylvii wywozi na cmentarz w miejscu, którego nie znosiła, przez wiele lat nie oznacza grobu, a potem nakazuje dopisać jego nazwisko, żeby zawładnąć jej śmiercią do końca. Ciała Assii i Shury niszczy i pozbawia pochówku, jakby nie istniały (i rzeczywiście wymazuje je z biografii). Po tym rozdziale nie da się w żaden sposób usprawiedliwić Hughesa.
Van Duyne nie poprzestaje na tym, chce używać aparatu wymazywania, sięga więc po opisy fizycznej przemocy w związku Teda i Sylvii. Przy czym, niezauważalnie jak to bywa u ideologów/żek, uprzedmiatawia Sylvię, zamykając ją w schemacie sprawca-ofiara. Nie pozwala nawet uznać głosu z niepublikowanej prozy: „Ale podobało ci się?” pyta Ian. „Tak”, przyznaje Jess (s. 205).
Sylvia wymyka się schematom, nie jest bierną aktorką, poddającą się bezwolnie maczo. Póki żyje, walczy, świadczy o tym dobrze krwawy ślad zębów na policzku Hughesa. Dopiero jej śmierć pozwala na objęcie władzy nad jej życiem. Ted uciszył ją, paląc dzienniki, cenzurując wiersze i zamieniając w postać ze swojej poezji.
4.
„Listy urodzinowe” poplątały porządek moich lektur.
W gruncie rzeczy w przypadku Sylvii i Teda ważne okazuje się znowu to, co pisałem na temat poezji ostatnio. Bycie poetą wymaga uwierzytelnienia – martwe poetki są szczególnie podatne na manipulacje. To Hughes i inni mężczyźni narzucą sposób czytania Plath, to oni będą starać się przemienić ją w idolkę neurotycznych nastolatek, w obawie, że ich przesłoni.
