
Konrad Góra, Wiersze zebrane 2008-2025, WBPiCAK 2025
Pewnego lata zachciało mi się być poetą. Myślałem, że poeci prowadzą życie pustelnicze, a to odpowiadało mi bardzo. Tym sposobem pojechałem na zjazd poetów w pewnej górskiej miejscowości, którą jakiś czas później zmyła powódź. Na miejscu okazało się, że poeci są zwierzętami stadnymi: hałasowali, klepali się po plecach i głośno chrząkali.
W hotelu, w którym nocowaliśmy, czmychałem czym prędzej do pokoju, oddając się samotniczym rozmyślaniom i oglądaniu rolek Lexii Hayden. Któregoś razu, gdy otworzyły się drzwi windy wysiadł z niej dość opryskliwy sporej postury gość w dresie.
Poznałem go od razu, bo wszyscy poeci milkli, gdy przechodził. Bez względu na to, czy pił piwo, czy perorował otaczał go wianuszek wielbicieli. To był właśnie Konrad Góra.
Po powrocie, wiedziałem już, że nie nadaję się na poetę.
*
Ten tom kupuję w czasach potężnego urzędowego kryzysu. Potrzebuje tego wycia, tej pogardy pochowanej w wersach. Bo Konrad Góra to nie żaden liryk, to Konrad Młot, który rozbija zdania na kawałeczki, rozłupuje słowa z niewiarygodną złością.
Na głos czytam wieczorem „Nie”. Dziecko myśli, że zwariowałem, tak czytać kołdrze, ale jaka to melodia.
Oczywiście kradnę język, ale to nie czyni mnie w najmniejszym stopniu poetą, bo nadal jestem urzędnikiem z dala od poezji i nawet jak zapisuję, mogę być co najwyżej zapiśnikiem, nie poetą.
*
Dwa posłowia autorstwa innego uczestnika owego zjazdu, Jakuba Skurtysa, pozwalają zobaczyć jak bardzo uspołecznionym procesem jest tworzenie poety. Bycie poetą wymaga uwierzytelnienia, czyli nałożenia na zapis siatki interpretacji przez innych, rozebrania i poskładania, wreszcie nazwania dykcji (w owym czasie, kiedy spotkałem w windzie Konrada Górę, nauczyłem się też tego słowa), zdefiniowania jej, przypasowania.
Poeta jest jak drzewo Berkeley’a. Bez słuchaczy, nie wydaje dźwięku. Tłum jest nieodłączną częścią poety. Tłum go buduje. Dopiero potem Gdynie, Najki i Angelusy.
