Dziennik. Śnieg

Poniedziałek

Słońce wzeszło, kiedy już miałem zejść. Po dwóch tygodniach na próżno.

Wtorek

W tym kraju narodowego szaleństwa nawet ogórki muszą udowadniać odpowiednie pochodzenie. W samie napis na każdym z osobna potwierdza ich polskość. Kiedy przytkniesz ucho do zielonej skórki usłyszysz zresztą szelest: soczewica, koło, miele, młyn.

Środa

Nie ma świata, o to właśnie chodzi w zimie: żeby zniknął (bądź przezorny, omijaj twittera, który cytuje rządową szczujnię). W grudniu odkryliśmy ścieżkę, która z osiedla prowadzi do lasku za oknem (ostatnie z wielkich odkryć pierwszego roku zarazy). Przy niej śnieg pięknie przyprószył gołębniki.

Czwartek

Nad brzegiem morza mewi zajęk. Palce co mienią się w kolorach. Okrągłe słońca pomarańczy (na kilogramy czy na sztuki?) i plaże pełne późnych jabłek. Herbata z Krety jak Minotaur ukrywa się gdzieś w labiryncie. Od pracy zdalnej krótki urlop spędzam tu właśnie, jak się cieszę.

Szczęście – potem – na zewnątrz nadmorskiej kawiarni, z widokiem na tramwaje, palić ciepłą kawę z mlekiem.

Piątek

Ten stukot, który budzi nas za późno, to sikorka wycierająca dzióbek o krawędź karmnika. Co to dzióbek? – przeciera Dziecko oczy. Mróz chwycił w nocy: palce na kierownicy marzną.

Kiedy wracam z Bemowa, nadchodzi zamieć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s