Tomasz Ponikło, Tischner. Nadzieja na miarę próby. Ostatnie słowa

Jerzy Nowosielski, Martwa natura, 1992, kol. pryw., źródło: artinfo.pl

Nagle zatrzymuję się nad książką o Tischnerze.

Przez ostatnie tygodnie dałem się porwać ocenianiu i potępianiu, ja, który dotąd broniłem upadających dyktatorów i żegnałem rzezimieszków. Za długo żyliśmy w narodowo-katolickim zakłamaniu, że nagłe wyzwolenie się z niego – to donośne – je… kler rozpaliło w nas płomień burzenia starego porządku. Jeszcze na początku października potężny papież wielkim głazem niweczył czerwone morze myślących inaczej niż każe partia spleciona w miłosnym uścisku z kościołem (por. „Nad Zatrutym źródłem„).

Zaraz potem pojawił się wywiad z Dziwiszem, następnie raport w sprawie McCaricka, decyzje dotyczące Gulbinowicza. Ruszyła lawina: to, co było tematem tabu, nagle znalazło się w głównym nurcie rozmów. Aureola nad głową Papieżapolaka zaczęła przygasać. Listy w obronie, które nikogo nie bronią; rozpaczliwe wypowiedzi Weigla i innych hagiografów; a z drugiej strony apel „National Catholic Reporter„, mocny wywiad Obirka o stylu zarządzania Kościołem, stawiający pytania także o dobór polskich biskupów, kolejne głosy krytyczne, które przez lata były wyciszane (por. „Pomniki”). Papież już nie rzuca kamieniami, sam musi się przed nimi bronić. A przecież, boleśnie uświadamia to biografia Tischnera, my wszyscy z niego. Przez te dwadzieścia lat żywego papieża Wojtyłę przekształciliśmy w przerażający totem, pomnik naszych narodowych lęków i fantazji.

Nie byłoby tego wybuchu, tych okrzyków pod kurią, gdyby w latach dziewięćdziesiątych kościół myślał bardziej po tischnerowsku, a mniej po rydzykowemu. Słowa Nycza, ówczesnego biskupa pomocniczego Krakowa, jednej z najbardziej przebiegłych postaci polskiego episkopatu, przytoczone w książce Ponikły, dziś brzmią szyderczo: w moim odczuciu, i to podtrzymuję, [Tischner] zbyt mocno ingerował, krytykował zaangażowanie Kościoła i urzędowego, i ludzi świeckich po prawej stronie (s. 115; podkr. moje – Dz. U.)

Tischner przestrzegał przed narodowym katolicyzmem, choć tak go nie nazywał, i obrywał za to zarówno od hierarchii, jak i od zwyczajnych polskich katolików, którym nienawiść jest szczególnie bliska. Jeśli coś przeszywa dreszczem w lekturze tej książki pełnej cierpienia, to dziesiątki listów, których był adresatem, a w których zwyczajni katolicy wyrażali swoją radość z powodu kary bożej, w ich opinii, spotykającej ciasnego filozofa Sarmatów. (Tak, to ci sami, którzy stoją w pierwszych rzędach różańców bez granic, wojsk Maryi itp., a jednocześnie z radością patrzą na tonących uchodźców. Ci, których dopieszcza partia, tuli do serca jeden biskup z drugim).

Oczywiście Tischner też się mylił (por. „Obrona Tischnera”), jak wielu intelektualistów z najntisów. Ale przerastał dalekowzrocznością większość z ówczesnych hierarchów. Przez minione dwadzieścia lat, polski kościół – mimo wszechwładzy – karlał umysłowo i moralnie. Ostatnie lata ścisłego sojuszu z partią do cna zabiły w nim jakikolwiek autorytet. Tischner był filozofem, ale i prorokiem, nadziei. Jesienią dwa tysiące dwudziestego widać to jasno: chrześcijaństwo jest wciąż przed nami, ale najpierw musi obumrzeć narodowy katolicyzm, który nie ma nic z nim, poza nazwą, wspólnego. Przeciw kłamstwu, przeciw religii podejrzeń, przeciw niezdolności do dialogu – Tischner także i dziś okazuje się aktualny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s