Nad „Zatrutym źródłem”

Maurizio Cattelan, „Godzina dziewiąta”, 1999, na wystawie „Not Afraid of Love” w Hotel de la Monnaie, Paryż, październik 2016, (c) Chesnot/Getty Images, źródło: artsy.net

1.

Wszystko, co stało się od tego momentu (właściwie już chwilę przed tym momentem) było niezamierzone. To największa zagadka prawicowego umysłu, a za nim prawicowej literatury, sztuki czy muzyki: zupełny brak autorefleksji, samokrytycyzmu, wiara w dosłowność. W prawicowej sztuce fajka zawsze jest fajką. Dzięki temu Jan Pietrzak może uznawać siebie wciąż za mistrza poezji śpiewanej, a Jerzy Kalina – za artystę, poruszyciela sumień.

Poruszenie, które wywołał, nie ma nic wspólnego ze sztuką. Cała instalacja (przynajmniej na zdjęciach) wygląda na rzecz niemiłosiernie kiczowatą. Gdyby zadziałała ta odrobina samokrytyki, może rzeźbiarz dostrzegłby, że kicz ma moc ośmieszania przedstawionej postaci, czyniąc ją parodią. Prawicowy umysł, zaklęty w dosłowność, nie umie tego zauważyć. Papież zawsze jest papieżem.

Kalina chce nawiązać (w pierwszym odruchu napisałem: chce podjąć dialog, ale o dialogu nie może być mowy, w tej wersji świata jest białe albo czarne) do Maurizio Cattelana i jego „Godziny dziewiątej”, pracy do dziś w Polsce nierozumianej. W tamtych czasach, sam wychowany w kulcie Papieża-Polaka, też uznawałem przygniecionego meteorytem idola za bluźnierstwo. Nie było to uczucie do końca religijne, to była obraza nas wszystkich, obraza największego spośród nas.

(To inny temat, ale w owym czasie, dwór zniedołężniałego papieża psuł się od środka. Dziwisz, sekretarz papieża – dziś przez prawicowe umysły nadal traktowany jak chodząca relikwia – rok wcześniej świętował swoją sakrę biskupią za pieniądze perwersyjnego Degollado. Wtedy nie wiedzieliśmy: nasz papież nie popełniał błędów, nasz papież wiedział wszystko, nasz papież sam, no może z Duchem Świętym, podejmował wszystkie decyzje).

Z perspektywy lat „Godzina dziewiąta” okazuje się dziełem na wskroś religijnym, wymagającym zastanowienia się i zadania pytań. Godzina dziewiąta czyli godzina męki Chrystusa, moment, w którym umierający na drzewie człowiek czuje się opuszczony przez Boga, trwoży się i dostrzega przegraną. Może nasza dosłowność nie pozwoliła odczytać nam, że meteoryt nie jest jedynie meteorytem, jest ciężarem ludzkiego życia, grzechów, starości i choroby, jest wreszcie – dopowiadamy dzisiaj – ciężarem win rzymskiego Kościoła: Degolladów, Groerów, sióstr magdalenek. Opuszczony papież Cattelana jest widzianą na przełomie tysiącleci figurą Izajaszowego cierpiącego sługi pańskiego.

Nie widziałem „Godziny dziewiątej”. Zajrzałem kiedyś za to w okno bramy na ulicy Próżnej. Modlił się tam chłopiec, kiedy wzrok się przyzwyczajał jego rysy nabierały przerażającej fizjonomii. Hitler w środku opuszczonej dzielnicy żydowskiej.

2.

Naprzeciw papieża przygniecionego kamieniem, staje więc ów papież Kaliny (nie trzeba uruchamiać wyobraźni, ileś memów zostało już poświęconych na zestawienie obu rzeźb) unoszący bez żadnego wysiłku ciężki głaz.

Paweł Dobrowolski w świetnym komentarzu zamieszczonym w „Kontakcie” pisze o posągu autorstwa Kaliny: ten najważniejszy polski totem, figura czczona niczym plemienne bóstwo. Dla etnologa to bardzo ważny trop. Totem nie jest bowiem tylko figurą w znaczeniu materialnym. Totemiczna postać (najczęściej totemiczne zwierzę) jest wspólnym przodkiem, opiekunem rodu czy plemienia, można by napisać my z niego wszyscy, w każdym z nas jest jakaś cząstka totemu, czy przekładając na język bardziej zrozumiały dla współczesnych, w swoim ciele nosimy relikwie totemu. Totem porządkuje wokół siebie wspólnotę.

Totem Kaliny wyróżnia się spośród setek, jeśli nie tysięcy pomników papieża rozsianych po całej Polsce. To totem największy, narodowy. Dość już papieży słabych, papieży błogosławiących, zginających kolana, łatwych do pokonania przez meteoryt. Totem sprzed Muzeum Narodowego w Warszawie jest pogańskim bóstwem, gromowładnym siłaczem (znów słuszne skojarzenia autorów memów z postaciami z gier i komiksów). Nie jest papieżem, jest naszym wyobrażeniem naszego papieża.

Naszym? Kalina – myślę, że się nie mylę – uważał, że taka figura Jana Pawła II to pomnik, którego oczekiwał zarówno Kościół, jak i władza spleciona z Kościołem w zabójczym dla tego ostatniego uścisku. Dla prawicowego umysłu system totemiczny jest łatwy do przyjęcia: my z niego wszyscy, jeśli ktoś się sprzeciwia, sam stawia się poza plemieniem, powinien więc zostać uznany za wroga.

Błędem jest doszukiwanie się słów Ewangelii, które można by zacytować stojąc nad „Zatrutym źródłem”. To miejsce – podobnie jak współczesna Polska ze swoim niemiłosierdziem dla tonących w Morzu – nie ma nic wspólnego z Ewangelią. (Zaskakujące – w tym świetle – ewangeliczny okazuje się Cattelan!) Papież z kamieniem ma wypowiadać w tym momencie, tutaj, słowa, które powtarza jak cudowne zaklęcie jego plemię: Brońcie krzyża od Giewontu do Bałtyku!

Słowa, których w takiej formie, nie wypowiedział wprawdzie na mszy w Zakopanem w czerwcu 1997 roku, ale które wszyscy usłyszeliśmy. Brońcie krzyża! – powtarzali i powtarzają biskupi w homiliach atakujących mniejszości, księża zapierający się wykorzystywania nieletnich, prawicowi publicyści straszący zalewem uchodźców, politycy na mszach za ojczyznę, wyznawcy spiskowych teorii o katastrofach lotniczych z Krakowskiego Przedmieścia, sedewakantyści z internetu, wojownicy-niewolnicy-rycerze z parareligijnych milicji. Brońcie krzyża!

To z ich powodu Kalina wznosi totem. Nie ma pokornego sługi pańskiego, znoszącego razy, jest wszechmocny papież, nasze własne bóstwo. Papież jest nasz, my jesteśmy papieżem.

3.

W takim razie spójrzmy inaczej na ów totem. Odczytajmy go jako symbol polskiego Kościoła, tego rzekomo najbardziej, w zepsutym świecie (owo czerwone jezioro), ortodoksyjnego i wiernego. To Kościół, który ciska kamienie. W jego słowniku nie ma pokory ani miłosierdzia.

To Kościół wszechpotężny, za którym stoi władza finansująca ten właśnie totem. Kościół, który w mariażu z polityką, porzucił już dawno swój ewangeliczny wymiar, aby dzielić i współ-rządzić. Kościół odrzucający i wykluczający, a w konsekwencji coraz bardziej odrzucany.

Nie ma lepszego symbolu takiej wizji Kościoła jak rozjuszony Wojtyła (nie papież, ale totem) kamienujący czerwone morze innych: odstępców, wiarołomców, osób nieheteronormatywnych, dopominających się o sprawiedliwość w kwestii przestępstw seksualnych, lewaków, wreszcie wszystkich krytyków i przeciwników obecnej władzy.

Kontekstem instalacji Jerzego Kaliny są setne urodziny Jana Pawła II, wspólnie obchodzone przez państwo i Kościół. Pandemia pokrzyżowała plany wielu wydarzeń związanych, mających hucznie podkreślać rolę Polski jako przedmurza i rolę papieża jako herosa bez skazy. Prawie bez echa przeszedł gromadzący kościelno-państwową śmietankę koncert na Białych Morzach w Krakowie. Dzieło Kaliny umieszczone w samym środku Polski, przed monumentalnym gmachem muzeum narodowego miało stać się rodzajem łuku triumfalnego, pomnikiem potęgi Kościoła, duchowej dominacji nad polskimi duszami. Takie było zapewne zamierzenie i twórcy, i sponsorów. Narodowy totem, który wznosi się wbrew panoszącego się zepsuciu.

Okazało się inaczej. Kalina przyjął błędne założenie, że plemię, którego totemem jest Jan Paweł II jest znacznie większe. Być może wynikało ono ze zwykłego ideologicznego zaślepienia, być może z braku refleksji nad miejscem i rolą Kościoła w Polsce, i tym w jaki sposób wykorzystywał przez lata zmarłego papieża. Obawiam się, że większość hierarchii kościelnej i przedstawicieli rządzącego obozu nadal nie rozumie (problemy owego prawicowego umysłu!), co mogło się stać.

Kościół, który wyklucza i kamieniuje, ujęty w żywicy na dziedzińcu Muzeum Narodowego w Warszawie, jest nie do przyjęcia dla wszystkich tych, którzy nad narodowy totemizm przedkładają Ewangelię, którzy powoli mają już dosyć raniących słów, bratania się z władzą polityczną i bezkarności. Ile można słuchać słów o zarazie?

Kościół, który wyklucza i kamieniuje, ujęty w żywicy na dziedzińcu Muzeum Narodowego w Warszawie utwierdza w przekonaniu osoby obojętne i niechętne wobec niego, że nie ma szans na jakąkolwiek nić porozumienia. Dobrze wiedzą, że takimi postawami, które symbolizuje papież Kaliny, polski Kościół realizuje wyczekiwany przez nich scenariusz szybkiej laicyzacji na własne życzenie.

Kościół, który wyklucza i kamieniuje, ujęty w żywicy na dziedzińcu Muzeum Narodowego w Warszawie jest parodią samego siebie. Doceniają to internetowi śmieszkowie: w ciągu kilku dni krążące wcześniej gdzieś na krańcach sieci memy-papaje stały się najpopularniejszym, obok Kraśnika, powodem, by śmiać się do rozpuku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s