
Na którymś z serwisów oferujących polskie dokumenty, znajdował się film o wiejskim lekarzu z powiatu krasnostawskiego, rzecz działa się w latach 60. Obrazy z tego filmu wciąż stawały mi przed oczami podczas lektury „Lekarzy prowincjonalnych”. Były tam śniegi, błota, maleńki gabinet na wsi, lekarz w futrzanej czapce i z neseserem, jeżdżący starym jelczem, a może i warszawą. Niestety nie potrafiłem go dzisiaj odnaleźć.
Marcin Stasiak, Lekarze prowincjonalni, Czarne 2026
Pamiętacie, jak czytając o wiejskim dzieciństwie (u Anety Godyni) straciłem wiarę w książki o historii społecznej? Marcin Stasiak robi wszystko inaczej niż tamta autorka: tworzy kawał porządnego studium tużpowojennej (ulubione, powtarzające się tu i ówdzie słowo autora) prowincji (przy czym ja, za Józefem Czechowiczem, prowincję wartościuję pozytywnie).
Wcale też nie jest to książka o medycynie, raczej o rozedrganym społeczeństwie, usiłującym oswoić się z nową rzeczywistością i – również – nowymi granicami. Nic nie jest tu czarno-białe jakby chcieli funkcjonariusze od historii.
Wraz z autorytarną władzą, przychodzi bowiem projekt modernizacyjny, któremu – nie da się temu zaprzeczyć – udaje się zmienić statystyki, w tym tę najbardziej wstrzasającą: śmiertelności niemowląt.
Marcin Stasiak opiera się na historiach lekarzy, felczerów, pielęgniarek, a także innych pionierów zmian wyjeżdżających do miasteczek Polski prowincjonalnej.
To także opowieść o spotkaniu miejskiego inteligenta wraz ze wszystkimi jego przedsądami z Polską pozamiejską, zaniedbaną i opisywaną (do dziś) w kategoriach, które nazywamy orientalizacją.
(Dygresja: na początku lat dwutysięcznych warszawscy uczeni od rozwoju regionalnego, eksperci niezliczonych sympozjów i seminariów, występowali na serio z projektem zalesienia Lubelszczyzny i Podkarpacia z uwagi na brak perspektyw ich rozwoju. Słuchano ich z uwagą, notowano).
Miejscem spotkania staje się miasteczko, twór zbyt duży, by pozostać wsią i zbyt niewielki, by nabrać znaczenia. Jak można wyczytać w „Lekarzach prowincjonalnych” najbardziej trwałym elementem miasteczka jest jego agonia, której kolejnymi etapami są represje popowstaniowe, ludobójstwo żydowskich mieszkańców, uspołecznienie handlu, wreszcie – transformacja ustrojowa.
I właściwie ten okres, którego początki opisuje autor, zaczynający się pod koniec lat czterdziestych i trwający do połowy osiemdziesiątych można by nazwać złotą erą miasteczek. To do nich przypomnijmy ruszały liczne pekaesy, rozjeżdżając się po prowincji, trafiając także do opisywanych przez Stasiaka Bełżyc i Siedliszcza.
Miasteczko z epoki wczesnej, to do którego trafiają tytułowi bohaterowie, dopiero się kształtuje, dopiero ma się stać lokalnym ośrodkiem modernizacji. Znajduje się za to w centrum zainteresowania tak wielkiego, że pewien poeta, dziennikarz, napisze wkurzony – z wielkomiejskim przekąsem – mam w dupie małe miasteczka.
Jeśli wczytać się w rodzinne biografie, miasteczko okazuje się niezbędnym etapem awansu społecznego: najpierw jest R. albo K., ze swoim liceum, szpitalem, społemem, domem książki i obowiązkową fabryką, dopiero potem można wyjechać dalej.
Wszyscy, choćby w jakimś ułamku, jesteśmy z małych miasteczek.
(Dygresja kolejna: miasteczka wyludniają się. Wprawdzie nie zasadzono lasów, ale kurczą się, zapadają jak siatka linii autobusowych, które już nie łączą. Trasy szybkiego ruchu pozbawiają nawet ich widoku. Liberalne rządy sugerują racjonalizację siatki szpitali i przychodni).
