księgarnia 50/26

Wlastimil Hofman, Boży śpiewak, b.d., źródło: polswissart.pl

Aneta Godynia, Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali, Sploty 2026

Wbrew mylącemu tytułowi „Wiejskie dzieci” nie należą do nurtu historii ludowej.

Już wstęp opisujący strukturę społeczności wiejskiej opiera się głównie na jednym źródle pamiętnikarskim, którego autorem jest dziedzic. Sformułowane przez niego charakterystyki przywodzą na myśl słynne zdanie Jana Pawła Adamczewskiego: jesteś swój chłop, żartowałem, jesteś mój chłop.

Rozdział pierwszy poświęcony płodności i ciąży zbiera różnorodne zwyczaje chętnie zapisywane przez etnografów, ale nie próbuje niczego wyjaśniać, ba nawet nie sili się na krytykę źródeł. W sumie niedziwne, bo w bibliografii nie ma Ludwika Stommy: ani jego antropologii wsi, ani magii Alkmeny.

W rozdziale trzecim autorka od razu zastrzega, że nie stworzy żadnej monografii, bo każde dzieciństwo było inne. Oczywiście nie ma też żadnej próby ustalenia czym właściwie jest dzieciństwo, choćby przez odwołanie do pracy Arlesa.

Zresztą tenże rozdział trzeci przynosi też ciekawą konstatację, że ciężka praca dzieci (często od 3-4 roku życia) była dla nich przestrzenią wolności. Trudno nie zauważyć, że teksty kultury (najprostsze, takie jak bajki) los pasterek i pastuszków opisują bez takich niuansów.

To, co z zewnątrz, szczególnie współcześnie, wygląda jak krzywda – praca dziecka, zaniedbanie, kara – od wewnątrz wspominane jest mimochodem, na wierzch wypływa zaś coś innego, cennego, a nawet ukochanego (s. 136) – na podstawie jednego z pamiętników ze zbioru Chałasińskiego twierdzi autorka. Serio sprawdzam, czy nie jest scenarzystką „1670”.

Oczywiście można uznać, że wyrwałem zdanie z kontekstu. Problem w tym, że kolejne rozdziały przedstawiają różnobrzmiące wyimki z pamiętników, a nie posiadają żadnej ogólnej ramy, próby syntezy, oceny. Nawet kiedy pisze o przemocy obecnej w rodzinie patriarchalnej, zaraz przedstawia kontrapunkt: a jednak byli czuli (jakiś ojciec napisał z Ameryki).

Bo – znowu cytuję – to spojrzenie, które nie odwraca się od biedy, głodu, chłodu i ciężkiej pracy dzieci, ale też nie odbiera wartości temu, co było pozytywne: więzom rodzinnym, prostym radościom, sile wspólnoty i wyobraźni (s. 190). Bili, ale jednak rzadko zabijali. Dobrze, że korekta czuwa i więzi zmieniła w więzy.

W rozdziale piątym coś jakby przebłyskuje, wystarczy połączyć kropki, ale nie, autorka brnie w usprawiedliwienia. Zresztą odchodzi od dzieciństwa i skupia się na gospodarstwie rolnym. Gdzieś pod koniec rozdziału pojawia się przemoc (nie wobec dzieci), która nie miała bezwzględnie jednej płci (s. 249).

Kiedy mowa o edukacji na karty książki powraca znajomy ze wstępu, dziedzic Jan Popiel, który pięknie argumentuje: przymusowość szkoły, mojem zdaniem, z prawa naturalnego wywieść się nie da. Któż to może mieć prawo ciało ludzkie i ducha ludzkiego więzić? W każdym razie dzieje się tu gwałt prawom rodzicielskim (s. 270). Szczęśliwi kmiecie ze wstępu po szkołach stają się mniej szczęśliwi. Inny szlachciura tegoż nazwiska z CK Monarchii dodaje: oświata prowadzi do socyalizmu (s. 271).

Autorka „Wiejskich dzieci” pracowicie gromadzi źródła, fragmenty dotyczące genealogii czyta się świetnie, niemniej nie powstaje z nich żadna synteza, a już na pewno nie wiejskiego dzieciństwa. Bezskutecznie poszukuję szerszego omówienia przemocy wobec dzieci, ich obyczajowości, relacji w rodzeństwie czy przyjaźni. Za każdym razem pada zdanie, że były to inne czasy (w domyśle: więc po co drążyć?).

Wiejskie dzieci nadal czekają na opowiedzenie swojej historii.

Dodaj komentarz