Odnalezienie, część druga

Jerzy Nowosielski, Cerkiew, 1979, kol. pryw., źródło: polswissart.pl

1.

W tamtych czasach, kiedy odwoziliśmy babcię M., na dworzec pekaes, autobusy kursowały często. Z megafonów kobiecy głos wywoływał kolejne miasta i miasteczka, a tłum gęścił się przy żółtych metalowych barierkach. Pożegnania zagłuszał szum silników autosanów, jeden za drugim ruszały po Wyżynie i hen, dalej. No chyba, że na Polesie: do krainy jezior jeżdżono z sąsiedniego, starojelczowego dworca Transpedu.

Babcia wracała zwykle koło siedemnastej. Każda godzina miała swoje własne autobusy: łukowski, siedlecki, bialski, międzyrzecki, łosicki, oraz te których unikaliśmy: przez Bełcząc albo przez Czemierniki, pośpieszny białostocki. Jedni zatrzymywali się przy dzwonnicy w R., inni zajeżdżali wyłącznie na dworzec. Kołysały się proporczyki, patrzyły Matki Boskie.

Było więc tak: po jednej stronie placu manewrowego – na którym przebywanie groziło śmiercią, o czym informowała tabliczka z czaszką – odjeżdżały niebieskie do Opola Lubelskiego, po drugiej – pomarańczowe do Łosic.

Opole Lubelskie, Łosice: przydługi topograficzny wstęp do historii rodzinnej.

2.

Na początku lat dziewięćdziesiątych, zanim jeszcze wszystkie pekaesy upadły a sam dworzec w Lu. zamienił się w oblepione reklamami nie-miejsce, wybuchł nagle kult unitów podlaskich. Stali się obowiązkowym dodatkiem do kazań głoszonych w R., kościelne gazetki co i rusz przynosiły ich historie. Nawet nie zastanawiałem się skąd właściwie się wzięli, choć nigdy wcześniej nie istnieli w pobożnym R.

Z dzisiejszej laickiej perspektywy cała ta opowieść wydaje się niesłychana: gdzieś w zapomnianej wiosce, do której nawet nie prowadzą ubite drogi, ludzie giną w imię wierności papieżowi zamkniętemu za murami Rzymu. To ten sam Giovanni Ferretti, który jedenaście lat wcześniej potępił wybuch powstania styczniowego.

Ich cerkwie stają się cerkwiami prawosławnymi. Carska władza sprowadza księży z dalekich guberni (w metrykach można poznać to po zaawansowanej cyrylicy, innej od wyuczonej cyrylicy polskich proboszczów). W 1905 roku muszą dokonać wyboru: albo pozostaną prawosławni, zachowując swój obrządek, albo – utrzymując wierność papieżowi – porzucą ikonostasy. Tak czy owak unici skazani zostali na wyginięcie.

W całej historii podlaskiego uniatyzmu jest jeszcze jedna data, o której nigdy nie wspominano w kościołach, a jeśli już to starano się budować zdania bezosobowo. W 1938 dziesiątki kościołów unickich, wówczas już przekształconych w cerkwie prawosławne, zostało wyburzonych przez polskie władze. Po cerkwi w Chotyczach (o niej będzie tu mowa) nie ma żadnego śladu, nawet zdjęcia czy szkicu.

Kult unitów podlaskich stał się być może jeszcze jedną zasłoną dymną, podobnie jak cześć dla sprawiedliwych. Samoobroną wobec wyrzutów sumienia.

Historia, którą opowiadam zamyka się więc w dwóch datach. Rok 1810, z którego zachowane zostały pierwsze chotyckie metryki i rok 1938, kiedy cerkiew, w której kolejne pokolenia przodków I. były chrzczone, zawierały małżeństwa i żegnały się ze światem została zrównana z ziemią.

Miejscowy historyk w wywiadzie dla katolickiej gazety, pytany o los łosickej cerkwi, która stała się kościołem w Dęblinie, mówi (zwróćcie uwagę na bezosobowość narracji): Być może [stałoby się z nią] to, co z unicką cerkwią w Chotyczach, która została rozebrana, a drewno posłużyło jako materiał budowlany.

3.

Poszukiwania rodziny I. – zaczynające się od ślubu Marianny i Waleriana w Mordach w 1919 roku – wcale nie były takie łatwe.

Skoro po przejrzeniu metryk z Mordów i Czołomyjów (tamtejsza cerkiew ocalała, stając się kościołem katolickim i porzucając świętego Szymona Słupnika na rzecz Szymona Apostoła), nie odnalazłem powtarzającego się nazwiska H., zacząłem przeszukiwać okolice. W ten sposób znalazłem się w Chotyczach.

Dodatkowym elementem układanki stają się nazwiska. Utrwalają się one dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku. Wcześniej bywa, że jedną osobę może określać imię, jego polski odpowiednik, jego potoczna forma, otczestwo, otczestwo ojca, wreszcie w wypadku kobiet – otczestwa używane przez męża czy utworzona od imienia męża forma -owa. Żeby sprawę bardziej skomplikować otczestwo można utworzyć od wersji miejscowej lub polskiej.

4.

Ułas, Harasim, Gawryło.

Nie mieli więc nazwisk, takich, jakie znamy.

Nie umieli pisać. W tym akurat nie różnili się od innych.

Byli biedni, biedniejsi niż ci na Wyżynie, początkowo włościanie, potem wyrobnicy.

Ich linie urywały się nagle. Było ich dwoje lub troje w pokoleniu, tych, którzy dożyli dorosłości. Za to ocaleńcy osiągali późną starość.

5.

Paradoksalnie, kiedy męczennicy z Pratulina zostali wyniesieni na ołtarze, unitów podlaskich już nie było. Może dlatego z perspektywy R. historia wydawała się niezrozumiała. Tamtejsza cerkiew – co wstydliwie przyznawano – podzieliła los chotyckiej.

Sami unici roztopili się w kościele rzymskim, porzucili swój obrządek, spolonizowali, ich otczestwa stały się pospolitymi nazwiskami.

Cerkwi, których oddania bronili przed carskimi ukazami, nie oddało się ocalić przed decyzją władz Rzeczypospolitej. Czy uderzały one tylko w prawosławie, czy także w ich podlaską inność?

Bo przecież byli inni. Nie mówili, tak przypuszczam, po polsku (co na to I., która recytowała z pamięci długie poematy Mickiewicza?), żyjąc w wąskim skrawku świata pomiędzy.

Być może opór, który stawili, tak naprawdę nie dotyczył rzeczy wielkich, ale obrony ich własnego świata, swojskości ze znajomą cerkwią i znajomym plebanem. Byli stąd i nie chcieli, żeby to stąd ktokolwiek im zabierał.

Kilka miesięcy po masakrze w Pratulinie (jeśli przyjąć współczesne słownictwo zdarzenie wydaje się dużo bliższe: wojsko dławi pokojową demonstrację), Pius IX wyda encyklikę Omnem sollicitudinem. Wbrew frazeologii lat dziewięćdziesiątych kolejnego wieku nigdzie nie wspomni o unitach podlaskich, ale będzie pisał o Rusinach Chełmskich.

Dodaj komentarz