
Dobrochna Kędzierska, Żal na luzie, wyd. Pomorze 1985
Reportaży Dobrochny Kędzierskiej nie odnalazłem w antologii najlepszych tekstów reporterskich Polski Ludowej, tylko w wymienialni na osiedlowym basenie.
Opisywane czasy (od późnego Gierka do środkowego Jaruzelskiego) były siermiężne, takiż jest i styl autorki, używającej tego dziwnego, partyjnego słownictwa (jak choćby egzekutywa). Trochę jakby te historie działy się w wiecznym listopadzie, szarym i dojmująco polskim.
Jednak w gruncie rzeczy z łatwością rozpoznaję w książce frazę, której nasłuchałem się dawno temu, w dziennikach telewizyjnych, porankach dla rolników, w transmisjach z pochodów pierwszomajowych, wreszcie w audycjach radiowych. „Żal na luzie” uruchamia więc we mnie mocno zagrzebane warstwy umysłu – program „Dzieciństwo” – babcia w jasnej kuchni na szóstym piętrze gotuje kopytka i słucha magazynu „Z kraju i ze świata”.
Reportaże w książce dotyczą głównie spraw regionalnych – Włocławek i okolice – czasem, te są ciekawsze, przypadków medycznych.
Dużo z nich przedstawia sceny z życia nomenklatury lokalnej średniego szczebla: naczelników, szefów spółdzielni rolniczych, pierwszych sekretarzy komitetów gminnych, dyrektorów państwowych przedsiębiorstw. Za parę lat to oni, osiągający wyższe wykształcenie i robiący kariery w epoce gierkowskiej, żadni komuniści, raczej oportuniści, staną się wygranymi transformacji, mając kapitał, kontakty i przygotowanie.
Zresztą jeden z reportaży świetnie pokazuje jak będzie zachodził ten proces: jego bohaterowie, pozbawieni stanowisk przez partyjną kontrolę przedstawiciele kadry wojewódzkiej, odnajdują się jako przedsiębiorcy (ajenci). Narzekają, że pożegnano się z nimi mimo zasług i orderów, ale całkiem szybko rozkręcają się w swoich biznesach (jeszcze nie ma takiego słowa!) Idzie im lepiej niż państwu, któremu – jak widać w reportażach – zupełnie nie wychodzi centralne planowanie.
W czasach nakazów pracy, jeden z najlepszych tekstów w zbiorze, opowiada o włocławskim pośredniaku. Za parę lat PRL upadnie, swoje recepty przedstawi Balcerowicz, bezrobocie wystrzeli a urząd pracy stanie się najważniejszą z instytucji; w opisywanym osiemdziesiątym drugim – to spokojne miejsce, gdzie jedynymi klientami pozostają osoby trwale niechętne pracy (nie ma jeszcze pojęcia „aktywizacji bezrobotnych”). Kędzierska doskonale oddaje język urzędu z tamtej epoki:
Po jednej stronie stołów siedzą laluchny, kochanieńki, ciupeczki, kierowniczki – lub w zależności od humoru urzędasy, szpagatowa inteligencja, małpy zielone itd. Po drugiej stronie stołu rozsiadają się obywatele lub Karolki, nieroby, pasożyty, łapsy, lewusy, rzęchy, zgnilizna moralna i ptaszki (s. 157).
Szukam Dobrochny Kędzierskiej w internecie. Okazuje się, że porzuciła dziennikarstwo i wybrała politykę. W jej biogramach za to ciągle pojawia się „Żal na luzie”. Zdaje się, że nigdy więcej nie wydała swoich reportaży.
