Dziennik z kotlin (1)

1.

Bułeczki bao z tamtej restauracji obserwowałem w długie dni zarazy.

(ulica dalej)

W oknie obraz ulubionej Ka. Na zdjęciu w szybie przypomina cud popularny wówczas, gdy byliśmy dziećmi a Matki Boskie miały aureole z pierścieni Newtona. Od pierwszego wejrzenia miłość. Oddaję zdjęcie A. i do niej wieczorem pisze Ka. Obracam się na drugi bok.

(zanim zasnę)

Nikt nie chce czytać o bułeczkach bao i ulubionych obrazach.

2.

Wydawałoby się, że kotlina jest odcięta. Taki mały świat otoczony leśnymi pasmami, w którym można zapomnieć (uciec, zapomnieć). Prześladuje mnie jednak ta okrągła twarz. Dadzą jej jeszcze pięć lat, choć zasługuje na dwadzieścia pięć. Zbiegłem tak daleko a Polska mnie wciąż goni.

3.

Uzdrowisko. Wybór po Maxie Blecherze oczywisty. Miasteczko na wpół umarłe, skrzętnie ukryte w zaroślach, melancholii w nim nie uleczysz. Hotel: czekają na nas, ona wesoła, w przyłbicy, on mruk. Melodia w przedpokoju na powitanie (za każdym razem, gdy ciągnę walizki). Za oknem szum rzeki. Na śniadaniach udają, że jest wielu gości. Ale przejrzeliśmy szybko, że mieszkamy całkiem sami.

wp-1594647095570.jpg

4.

Ławki w parku wokół cesarskiego pawilonu są podpisane przymiotnikami. Park, jak należy, jest Jana Pawła. Wyobrażam sobie w nim flirt kuracjuszy. Gra towarzyska: każda ławeczka jest pytaniem, odpowiedzią, zachętą albo odmową.

5.

Naprzeciw okna jest smutny dom. Podglądam w nim ledwo tlące się życie. W jego smutnym oknie wystaje smutny pysk smutnego psa. Patrzymy na siebie. Opowiem o tym komuś: ta nęcąca potrzeba rozmowy.

6.

Na domu zdrojowym wyryto muszle, kraby i ośmiornice. W głębi lądu ktoś schował tęsknotę za morzem. Było tu kiedyś, prawda? – dopytuję J. Odpisuje, że w kredzie.

wp-1594647141579.jpg

7.

Chińczycy w Górach Żółtych fotografowali się na skałach, przypominał sobie na wąskich kamieniach Szczelińca.

8.

Nikt nie wygląda na zadowolonego w tym innym kurorcie, gdzie na obrazkach chude pstrągi. Znać, że kuracja nie działa jeszcze. Pić trzeba więcej pieniawy.

9.

Lato dwadzieścia lat temu było najważniejsze (potem będzie lato dwa tysiące piętnastego, czereśniowe). W Beskidzie Niskim byłem założycielem chrząszczowej religii. Przez tyle pokoleń, te sudeckie też powinny już uwierzyć w ogromnego zbawiciela w zabłoconych butach, który ratuje tonących z kałuż małym patyczkiem. Jak się ma dwadzieścia lat, można jeszcze ufać własnemu bóstwu.

wp-1594663924505.jpg

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s