Kroniki zarazy (8)

Wtorek

1.

Kres czasów lub czas ostateczny, który pobożnie wieszczą w Pobożnie, jest oznaką naszej krótkiej pamięci w czasach nadto wygodnych. Na interesującym mnie terenie [tj. w Małopolsce – Dz. U.] – pisze autor artykułu w „Etnografii Polskiej” (t. XLIV, 2000)  –  tylko w XIX wieku wystąpiło co najmniej kilka groźnych epidemii: cholery, aż trzykrotnie, w latach 1831, 1848-1855, 1873, „hiszpanki” w r. 1855, tyfusu w roku 1888. W początkach XX wieku zjawiły się epidemie szkarlatyny i czerwonki.

Odnajduję artykuł Jarosława Kołczyńskiego, bo wbił mi się on w pamięć na studiach, a teraz zupełnie inaczej czytam takie zdania:  Zaraza to totalna katastrofa. Nieodmiennie na pierwszy plan wybija się poczucie, że nie ma przed nią ucieczki. W chwili jej wybuchu człowiek dostawał się w pułapkę. (…) Nawet ludzie zamknięci w kościele, choćby przy Cudownym Obrazie, nie czuli się bezpieczni. Zaraza dotykała i skazywała na śmierć starców i dzieci, bogatych i biednych, dobrych i złych. Obalała wszelki ład, pod jej dotknięciem kruchy świat urządzony przez człowieka walił się w gruzy, obracał w chaos [1].

Clou tego, o czym pisze Kołczyński jest praktyka ofiary przebłagalnej z człowieka. Kiedy modlitwy pozostają niewysłuchane, cudowny obraz nie pomaga, strach skłania do powrotu do czynności archaicznych (rzecz dzieje się w 1916 r.)

Też żyjemy jakby w dwóch historiach naraz: tej racjonalnej, gdzie ma znaczenie opanowywanie epidemii, obserwuje się wykresy, przestrzega przymusowego osamotnienia – lęk tutaj zamienia się w technokratyczne procedury; i tej drugiej: w której szuka się znaków i symboli, a rytualne zasady (komunia do ręki oznacza potępienie wieczne) przedkłada nad rozsądek – epidemia pozostaje niezrozumiałym wydarzeniem, uderzającym w nasz rytualizm, kresem czasów.

W istocie jest to kres czasów jakie znamy.

2.

Publicystyka zakaźna to gatunek rozwijający się doskonale w tych czasach. Nawet jak próbujesz pisać dziennik (nazywasz to kroniki) w sposób zwięzły, nadchodzą dni, kiedy nie masz ochoty się streszczać, bo owszem siedzisz w mieszkaniu – możesz obserwować bądź pusty plac zabaw, bądź sikorki w forsycji (dużo żółtego) – ale, chcąc nie chcąc, pozostajesz obywatelem swojego państwa. Nawet bardziej pozostajesz, bo zamknęli cię w nim i nie ma innych państw.

Jak się nazywa klaustrofobia, jeśli zamknięty jesteś w państwie, a nie w windzie? Zresztą w tym państwie czuję się trochę jak w windzie.

Oczywiście byłbym, droga Jo., spokojniejszy, gdyby nade mną czuwała kanclerz Merkel (nawet w kwarantannie), a nie ci smutni panowie, którzy tylko patrzą – takie miewam zwidy – spie….ć do Rumunii. (Ta sama wystawiona na próbę buta)

Pojawia się taki jeden, prezes, wiceprezes, wierny partii członek (wielu tam podobnych członków), który obraża pielęgniarkę, sugerując, żeby wybrała inny zawód, a nie z powołania. Bo oto on – członek – zarabiający miliony, ma powołanie, jest członkiem narodowym, jest członkiem katolickim, jest członkiem partii, dlatego może gardzić. Zaraza pogardy była – pamiętajcie – wcześniejsza od tej epidemii.

3.

To, co się zmienia: więzi społeczne i religijne przechodzą do świata wirtualnego. Ciężko oczywiście oderwać się od ciała, dotyk w czasach social distancing urasta do tabu, ale takie oderwanie następuje. Urodziny: jesteśmy razem na swoich ekranach, i następnego dnia nadal wydaje się, że byliśmy razem. Zbiorowe złudzenie co do miejsca.

Czy religia sprzed zarazy jeszcze wróci? Oderwana od wspólnoty i liturgii wiara staje się sprawą indywidualnego wysiłku: pozostaje albo ucieczka w rzekome znaki (kres czasów) albo intensyfikacja przeżycia własnego (religia nie religijność) albo porzucenie (gdy obrzęd był formą, do której przywykłeś). Ba, okazuje się, że Kościół jest możliwy mimo tego, że hierarchia gdzieś zniknęła. Ktoś pisze, że biskupi nie sprostali sytuacji i zupełnie nie potrafię zrozumieć tego zdziwienia. W większości to przecież strachliwi niewierzący starsi panowie, kryjący się za osłoną partii i korzystający właśnie z siły wspólnoty.

Zaraza uderza w istotę polskiego Kościoła: poczucie wyjątkowości Polaków, polskiej dziejowej misji, niechęci wobec wszystkiego, co przychodzi z zewnątrz (jak Franciszek).

Może to jednak tylko moje marzenia o zmianie?

Środa

Na siedzenie w domu miałem wielkie plany. Półki się uginały, w dwa tygodnie przeczytałem jedną książkę. Do czytania potrzebuję tramwaju (a nie ma co jeździć po zapowietrzonym mieście tylko po to, żeby czytać).

Zamiast podróży dawniej – wiem z dzienników i listów – używano albumów z galerii i muzeów, w których się nie mogło znaleźć, bo po drodze żelazne granice. Teraz z zasobów MET:

1.

(Nie wszystko stracone)

Gauguin miał czterdzieści trzy lata, gdy w 1891 uciekł z Europy na Tahiti, prowadzony „niemożebnym pragnieniem nowości” oraz pragnieniem ujrzenia kraju nietkniętego przez cywilizację [podkr. Dz. U.].

W rozpaczy Gauguin próbował popełnić samobójstwo w 1898, ale dawka arszeniku, która zażył była za silna – żołądek cofnął ją, a Gauguin wyzdrowiał.

(Boże, jaki pechowiec)

Na jego sztalugach stało niedokończone płótno, wyraźnie niepasujące do tego miejsca wiecznej wiosny – „Bretońska wioska w śniegu”. Bez wątpienia, przeczuwając koniec, Gauguin poddał się nagłej nostalgii za jasną Bretanią, dawniej płodnym źródłem jego inspiracji [2].

DP243354
Gustav Klimt, Mäda Primavesi, 1912-1913, The Metropolitan Museum, źródło: https://www.metmuseum.org/art/collection/search/436819

2.

Prosto z piekarnika bułeczki z masłem i dżemem malinowym, do tego neapolitańska kawa, myśleć by można, że poranek w uzdrowisku.

(następny album)

Schiele miał skłonność do jesieni, o czym świadczą tytuły wielu jego obrazów. „Kocham jesień, nie tylko jako porę roku, ale także jako kondycję ludzką i kondycję rzeczy – także miast. Miękka i delikatna melancholia, którą opatula się jesienna przyroda, wyziera ze starych murów, wypełnia smutkiem serca i przypomina nam, że jesteśmy tylko pielgrzymami na ziemi”. (…) Rzadko w miastach Schielego pojawia się jakiekolwiek życie, a jeśli zjawiają się już ludzie (…) to nie jako osoby, ale jako elementy miast, które stworzyli. Nic się nie rusza. Miasta wydają się znajdować w próżni, podobne do wykopalisk, których miejsce jest w muzeum. „Martwe miasto” to tytuł obrazu przedstawiającego czeski Krumau (…).

(a jednak patronem tych dni obwołano Hoppera, zupełnie zapominając o Hammershøiu, czy Schielem)

Pod koniec życia [śmierć Schielego była nagła i niespodziewana, taka jak śpiewamy w suplikacji, od powietrza, więc sformułowanie autorów dość nietrafione – przyp. Dz. U.] Schiele planował wzniesienie mauzoleum, którego ściany miały zdobić freski przedstawiające Śmierć, Etapy Życia, Religię, Żywot Ziemski i tym podobne tematy. Według malarza Johannesa Fischera, który często odwiedzał pracownię Schielego w tym czasie, wszystkie jego późne obrazy stanowiły szkice monumentalnego cyklu fresków (…) śmierć uniemożliwiła artyście realizację planów [3].

(Schiele umiera na grypę parę dni po ciężarnej żonie. [4])

dead-city-city-on-the-blue-river-1911
Egon Schiele, Martwe miasto, 1911, Leopold Museum, źródło: wikiart.org

Czwartek

Wracam do skrótowych zapisów.

W samie coraz mniej ludzi.

Tomiki poezji na urodziny przeszły kwarantannę.

Czasem do szczęścia wystarczy parę znaków, zdanie. Pasują mi do tego dziwnego stanu, kiedy inni stają się zapisami, wspomnienia o Fränzi [5], chociaż akurat album w żadnym miejscu nie przywołuje jej imienia. Wiem, że to ona, najczulsza opowieść.

(Z dziennika Kirchnera)

Miłość malarza do dziewczyny, która była jego towarzyszką i pomocniczką, przemieniła się w wyrzeźbioną postać uszlachetnioną poprzez otoczenie na obrazie, a następnie raz jeszcze uchwyconą w szczególnej formie krzesła czy stołu, do których modelka była przyzwyczajona.

(Pechstein o lecie 1910 roku)

[Rasch] opowiedział nam o wdowie po artyście i jej dwóch córkach. Przedstawiłem jej jak najszczerzej nasze plany artystyczne. Odwiedziła nas w naszej pracowni we Friedrichstadt, i jako, że uznała, ze nasze środowisko jest przyjazne, pozwoliła obu córkom na wyjazd z nami do Moritzburga. Mieliśmy też szczęście do pogody, ani jednego deszczowego dnia (…). Żyliśmy w absolutnej harmonii, pracując i pływając (…) Co jakiś czas zjawiała się matka, jak nerwowa kwoka, aby przekonać się, że jej pisklaczkom nie dzieje się żadna krzywda na tym stawie życia.

(Ulubiony Otto Mueller, na którego wystawie zeszłej wiosny byliśmy we Wrocławiu)

Tylko Otto Mueller, walczący na froncie zachodnim, wciąż – jak zawsze – żył w swoim świecie. Powrócił z Wielkiej Wojny [w przeciwieństwie do kolegów z Die Brücke, Kirchner wylądował w uzdrowisku koło Davos – przyp. Dz. U.] praktycznie bez szwanku [6].

Przypisy:

[1] Jarosław Kołczyński, „Ofiara z człowieka. Wspomnienie trzech wydarzeń z końca XIX i początków XX wieku w podgórskich wsiach w Polsce”, Etnografia Polska, t. XLIV, 2000, z. 1-2, s. 173.
[2] Henri Perruchot, „Gauguin. Tahiti”, 1958
[3] „Gustav Klimt and Egon Schiele”, 1963
[4] Dz. U., Dziennik. Dialogi o opatrzności
[5] Dz. U., Dziennik. Fränzi albo o uciekaniu
[6] „Expressionism. A German Intuition 1905-1920”, 1980

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s