Dziennik sobotnich spacerów

 

Kiedyś tu musiało być pięknie, jak były neony, wzdycha autor bloga, popychając wózek po kwadracie ulic. Czarny Roman w zielonym kapeluszu i puchowym płaszczu écru je za szybą. 

O, tam była księgarnia, teraz jest likwidacja, i na wycieczce szkolnej z Y. spędziliśmy tam dużo czasu. Pierwszy raz wtedy Wa. była wieczorna, pachniała inaczej, teatr „Ateneum”, sodowe lampy a potem rozmowy z W. i T. w autobusie o śmierci (co za głupia ironia losu).

Z metra wynurza się na ciemną powierzchnię miasta włoska rodzina. Przepraszam, pytają, ulisa Nowi Swyat? Tam, proszę skręcić, tam, Stare Miasto. 

Gdy zaczynałem studiować w Wa. dojeżdżałem najdalej do przystanku Uniwersytet i nawet mnie ciekawiło co jest potem, jak duża jest kolumna Zygmunta, czy taka jak w dzieciństwie. Ale pojechałem te dwa przystanki chyba dopiero w grudniu. Widzę ją teraz co rano i jest tak zwyczajna, że nie potrafię sobie wyobrazić, że mogła być przedmiotem jakiejkolwiek ciekawości. Zwyczajność ulic jest zresztą bardzo względna.

Na przykład wieki nie widziałem Chmielnej. Nie wiedziałem, że sprzedają tam teraz nowojorskie kapkejki z karmelową szarlotką po osiem złotych, malutkie. Pani długo pakuje, a my zjadamy zaraz za drzwiami, żeby nie obudzić. Robi się od nich tak słodko, że zagryzamy potem frytkami. 

Kiedyś tu musiało być pięknie, jak były neony, wzdycha autor bloga, popychając wózek (07.11.2015, wieczorem).

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s