Dwugłos. Dwurnik / Różycki

Psy na obrazach Edwarda Dwurnika z wystawy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Nie wiem, czy ktoś podjął już ten temat, ale skoro wielcy artyści są dzieleni przez krytyków na drobne kawałeczki, gdzieś na pewno wspomniano, że Dwurnil malował przede wszystkim małe zajadłe kundelki.

Edward Dwurnik. Duma i wstyd, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, do 28 lutego 2027 r. / Patryk Różycki. Transformacja, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, do 11 października 2026 r.

Jawi się na wystawie Edward Dwurnik jako koniunkturalista, tworzący – przyznam – momentami kolorystycznie wspaniałe (jak owocowa „Klęska urodzaju”) wielkoformatowe obrazy, za którymi stoi nie potrzeba artysty, ale oczekiwanie odbiorcy.

Dwoi się i troi majnstrimowy tekst kuratorski, żeby pokazać, że Dwurnik nie patrzył z intelektualną wyższością na prowincję i robotników, ale obrazy mówią za sobie. Zresztą ostatnie lata rozbierają na części pierwsze boomerską wizję świata.

Cykl „Sportowcy” z lat siedemdziesiątych przedstawia Polki i Polaków prowincjonalnych. Ich portrety są zniekształcone, wulgarne, wzgardliwe: przypominają ówczesne karykatury, choćby Czeczota czy Chodorowskiego. To obcy, inni, z którymi nie chcemy mieć do czynienia, my rozprawiający o estetyce i palący amerykańskie papierosy z Pewexu. Niechcący „Sportowcy” opowiadają o spojrzeniu na prowincję, które stanie się kluczowe w okresie transformacji. Dwurnik zapowiada pogardę wielkomiejskich elit wobec pegeerów i nie, nie jest żadnym adwokatem prowincji, jest rzecznikiem tych pierwszych.

„Robotnicy” powstają w epoce stanu wojennego i znowu stoimy przed obrazami, które wówczas należało malować, bo któż w epoce Wałęsy na ramionach tłumu i generała w ciemnych okularach w telewizji, nie chciałby w galerii portretu polskiego robotnika. Dwurnik maluje więc postacie dla siebie egzotyczne, ubiera je w symbolikę i szare barwy grudnia osiemdziesiąt jeden. Podaż reaguje na popyt.

Lata dziewięćdziesiąte pozwalają Dwurnikowi stać się artystą-celebrytą, jego dzieła osiągają wysokie ceny. Pozostawia swoich robotników i „sportowców” w limbo transformacji. Nic nie musi: dowodem zamykająca wystawę seria tulipanów, kolejna reakcja na oczekiwania nabywców chcących więcej dwurników.

Dobrze się stało, że muzeum zdecydowało się na dopowiedzenie opowieści o szczęśliwej transformacji pamiętnikarskim cyklem obrazów Patryka Różyckiego pod tym właśnie tytułem.

Z łatwością możemy sobie wyobrazić, że rodzice Różyckiego dzielą transformacyjny los z bohaterami prowincjonalnych płócień Dwurnika. Bezrobocie, wykluczenie komunikacyjne, postepująca marginalizacja ekonomiczna, a następnie społeczna – w swoich podpisach Różycki opowiada szczerą i pozbawioną złudzeń historię cudu lat dziewięćdziesiątych.

U Dwurnika wyczuwa się traktowanie ludzi jako obiektów, u Różyckiego głos oddany jest tym, których pierwszy maluje z powykrzywianymi twarzami. Tutaj są osobami.

Obiekt jest zdany na łaskę wszechmocnego twórcy, dopasowuje się go do cyklu, konceptu albo stylu. Jego opowieść jest nieistotna, bo zagłusza go artysta. Osoba ma wartość sama w sobie, jej historia staje się niezbędna: malarz jest jedynie jej narratorem.

Dlatego jednak Różycki, nie Dwurnik.

Dodaj komentarz