
jacyś
któregoś tygodnia we wtorek w sto osiemdziesiąt żegna się skrupulatnym gestem co dwieście, trzysta metrów. niemożliwe żeby tak szybko połykała różaniec, co go owinęła między palce jak nieboszczka.
pan o wyglądzie śmierci z siódmej pieczęci karmi gołębie ścieżką okruchów, chodźcie dzieciaczki, mówi, a one głupiutkim stadkiem podążają za nim. może jest szczurołapem.
dosiadają się w autobusie i od razu wymieniać raki, a to żołądka, a to piersi, a to wątroby. konwersacja tak upojna, że prawie przegapiła przystanek. dzwoni teraz do siostry bliźniaczki, ona ozdrowiała.
przepycha się u braci, przebiera w koperkach jakby to były kwiaty. trzy złote, potem odchodzi. zaraz rozmowa o złodziejach. jak ukradła jakaś pięć kilo jabłek. ja tu przyjeżdżam – mówi jedna, co rozmawia – dla smaków dzieciństwa. śliwki takie. tamta tymczasem płaci te trzy monety.
