dziennik 75/26

Warszawa, wrzesień 2026 r.

jacyś

któregoś tygodnia we wtorek w sto osiemdziesiąt żegna się skrupulatnym gestem co dwieście, trzysta metrów. niemożliwe żeby tak szybko połykała różaniec, co go owinęła między palce jak nieboszczka.

pan o wyglądzie śmierci z siódmej pieczęci karmi gołębie ścieżką okruchów, chodźcie dzieciaczki, mówi, a one głupiutkim stadkiem podążają za nim. może jest szczurołapem.

dosiadają się w autobusie i od razu wymieniać raki, a to żołądka, a to piersi, a to wątroby. konwersacja tak upojna, że prawie przegapiła przystanek. dzwoni teraz do siostry bliźniaczki, ona ozdrowiała.

przepycha się u braci, przebiera w koperkach jakby to były kwiaty. trzy złote, potem odchodzi. zaraz rozmowa o złodziejach. jak ukradła jakaś pięć kilo jabłek. ja tu przyjeżdżam – mówi jedna, co rozmawia – dla smaków dzieciństwa. śliwki takie. tamta tymczasem płaci te trzy monety.

Dodaj komentarz