
Podróż urodzinowa po Równinie Bełżyckiej, Kotlinie Chodelskiej, Małopolskim Przełomie Wisły, Płaskowyżu Nałęczowskim i innych nieznanych krainach
Emilcin
Jan Wolski spotyka ufo. I. opowiadała mi o nim, o lesie i statku, do którego wsiadł, także o licznych badaniach, którym go poddano. Nie byłem wtedy jeszcze etnografem, zaczynałem czytać Dänikena. Jan Wolski był Bernardetą Soubirous ery kosmicznej.
A Dziecko nie wierzy w ufo.
Kaliszany Kolonia
Ludzie układają tu serca z białych kamieni. Cała ich łąka.
Te rdzawe ślady na nich to las albo morze. Żyjątka pozostawiają odciski: są tu ogromne liście, długie ogony, pofałdowania płetw. Granicą królestwa kredy jest tylko wyobraźnia.
Piotrawin
Legenda mówi o polskim kościele więcej niż tysiąc kazań. Biskup Stanisław wskrzesza rycerza (tyle wiedziałem dotąd o tym cudzie).
Ale nie czyni tego, bo błaga go zrozpaczona rodzina, ani też, że to znak dla niedowiarków, ani wreszcie nie chodzi o to, że jest miłosiernym biskupem o miękkim sercu.
Stanisław (ów patron Polski) wskrzesza rycerza, aby ten zaświadczył o własności kościelnej ziemi, która niegdyś należała do niego. I wskrzeszony zaświadcza, a potem raz dwa umiera po raz wtóry. Biskup zaciera rączki, kasa się zgadza.
Ma w sobie ów gość z pastorałem tyle bezczelności, że zupełnie nie dziwi rach ciach Bolesława. Każdy na jego miejscu zrobiłby to samo.
Opole Lubelskie
W tym mieście mogłaby mieszkać babcia. Jeździłbym wówczas do O., a nie do R. Myślę o miasteczku w wakacje, o teleferiach, spacerach wieczorem, zasłonach w australijskie kwiaty zaciągniętych, by nie wpadało światło. O. wzbudza czułość.
Lody śmietankowe sprzedaje starszy pan w białym kitlu: wychodzi zza szumiących pasków do pokoiku z zieloną lamperią. Podróżuje w czasie.
Żmijowiska
Niskie słońce po szuwarach rozkładało miękkie światło. Krajobraz był prastary i cichy. Kapliczka należała do obcego boga, który był przed.
Sprawdzili datę. Osiemset osiemdziesiąty ósmy według miary drewna. Ludolfingowie wznosili właśnie Kwedlinburgi i tym podobne opactwa a tutaj na głębokiej prowincji, nad Chodelką, życie toczyło się niemrawo, spokojnie.
Tak do dzisiaj.
droga na Wojciechów
Balony wznosily się i zionęły ogniem po różowawym niebie. Chciał jechać za nimi, pędzić po drogach wojewódzkich i powiatowych.
Skręcili w taką na łysy cmentarz, tam się zatrzymali i zapatrzyli w przestwór. Jeden po drugim marniały, opadały i osiadały na polach.
Minęli potem taki jeden, jeszcze usiłował zionąć, ale już osiadał za przystankiem nieopodal domku, w którym pomieszkiwali kiedyś I. i H.
