dziennik podróżny 12/26

   

Dziesiąta do Portugalii (1)

Aljezur

Tego roku kradnę języki czytanym książkom. Będzie więc o czasie i o ciele. O ciele w czasie, czasie ciała, cielesności czasu.

Wszyscy piszą o swoich miejscach – mówi Ja. Fejsbuk przesyła mi reklamy książek i albumów o Umbriach, Sycyliach i Lizbonach. Wyróżnię się – dodaje Ja – będę pisał o sobie.

Dziesięć lat jak dziesięć warstw na skałach odpływu. Powoli wapiennieją.

Monte Clerigo

Odpływ i wieczór, najpiękniejsze, co może się zdarzyć nad Oceanem. Wynurzały się zielone ogrody obcych cywilizacji. Kraby kryły się chyłkiem w załomach.

Podszedł z namiotem, mówił po portugalsku, ale po chwili, spojrzawszy na mnie, przeszedł na angielski. Dziewczyna tuliła niemowlę, on nie mógł złożyć go do pokrowca.

Powiedziałem mu, że dziesiąty rok ten namiot i zaczynaliśmy z małym chłopcem na rękach. A on teraz hen, skacze po falach.

Pokiwał głową. Popatrzył na dziecko. Nie dowierzał.

  

Amoreira

W odpływie szukamy miasta jeżowców, niezdobytej twierdzy przy południowych zboczach.

Tymczasem starsi mężczyźni (siwe włosy na klatach, kilka falban brzucha), owi Zeusowie z późnej epoki hellenistycznej, obserwują młodzieńców i dziewczęta o alabastrowych łydkach, nie mogąc uwierzyć, że to już minęło.

Ocean pochłania rzekę, odcina piaszczyste wyspy. Ostrzegają srebrne ławice przemykające pod nogami dzieci.

Przychodzi ona, biała koszulka z napisem Brazil, kładzie się na brzegu Oceanu-rzeki, zapala papierosa. Wydmuchuje dym w rytm fal, a one Kosmosu. Zaciąga się wiecznością.

  

Arrifana

Słońce schowało się za cyplem. Ruszyli wtedy zakosami pod górę, niosąc ręczniki, koce, namioty, parasole, prowianty w małych lodóweczkach. W niebieskich pasach morza pozostały pojedyncze kropki i chybocząca się rybacka łódka. Na nią pomiędzy sieciami czekały chude koty.

Aljezur

Mówi Fernanda: wiatr z Maroka nanosi nam piasek i maluje ściany na żółto. Tego roku w dolinie nie słychać ptaków: hałasują wróble w rynnach. Metaliczne dzwonki to trzepot ich skrzydeł.

Aljezur jest pępkiem. Ociera się o mnie jasność, kiedy siedzimy w piekarni przy ulicy głównej.

Ci, którzy przyjeżdżają tutaj, są podobni do nas. Czasem rozpoznaję kogoś z poprzednich lat. Nas rozpoznaje kelnerka z restauracji nad rzeką: zastanawiam się, co sobie myśli, czy przyjadą tego roku.

  

Monte Clerigo

Ścieżki odpływu dokąd prowadzą drobne ciała?

  

Bordeira

Tego roku rzeka obmyła wielką wydmę. Drewniane pomosty trzeszczały i urywały się w wodzie.

  

Cordoama

Nazywam ją Wybrzeżem Odludków. Masywy wpadają w Ocean. Pół godziny w każdą stronę. Maleńkie stworzonka na piasku.

   

Vila do Bispo

Powtarzanie daje bezpieczeństwo – zauważa A., gdy siedzimy w tym samym barze, co zawsze (Dlaczego znowu w tym? – zapytał wcześniej). Wieje też jak zwykle, odlatują serwetki.

W cieniu, w loży siedzą i komentują starzy mężczyźni: kelnerka na próżno usiłuje ich przegadać. Siedzą tak szeleszcząc w każdej mijanej miejscowości, w barach i stacjach benzynowych melancholijni i wyzuci z czasu.

Martinhal

Zaraz za Sagres, zaczynało się Południe ze swoimi resortami, palmami i polami golfowymi. Kiedy tam zajechali przypadkiem (akurat twierdza była zamknięta a wiatr szarpał sukienkami), pod palmami parkingu czekały pokojówki.

Ciemnoskóre wymieniały plotki, rodzinne opowieści i pochwały swoich dzieci, wypatrując autobusu do Lagos albo Portimão.

Należeliśmy do świata środkowego, gdzieś pomiędzy ich tęsknotą a szmerem elektrycznych wózków golfowych.

Dodaj komentarz