
Dziesiąta do Portugalii (1)
Aljezur
Tego roku kradnę języki czytanym książkom. Będzie więc o czasie i o ciele. O ciele w czasie, czasie ciała, cielesności czasu.
Wszyscy piszą o swoich miejscach – mówi Ja. Fejsbuk przesyła mi reklamy książek i albumów o Umbriach, Sycyliach i Lizbonach. Wyróżnię się – dodaje Ja – będę pisał o sobie.
Dziesięć lat jak dziesięć warstw na skałach odpływu. Powoli wapiennieją.
Monte Clerigo
Odpływ i wieczór, najpiękniejsze, co może się zdarzyć nad Oceanem. Wynurzały się zielone ogrody obcych cywilizacji. Kraby kryły się chyłkiem w załomach.
Podszedł z namiotem, mówił po portugalsku, ale po chwili, spojrzawszy na mnie, przeszedł na angielski. Dziewczyna tuliła niemowlę, on nie mógł złożyć go do pokrowca.
Powiedziałem mu, że dziesiąty rok ten namiot i zaczynaliśmy z małym chłopcem na rękach. A on teraz hen, skacze po falach.
Pokiwał głową. Popatrzył na dziecko. Nie dowierzał.

Amoreira
W odpływie szukamy miasta jeżowców, niezdobytej twierdzy przy południowych zboczach.
Tymczasem starsi mężczyźni (siwe włosy na klatach, kilka falban brzucha), owi Zeusowie z późnej epoki hellenistycznej, obserwują młodzieńców i dziewczęta o alabastrowych łydkach, nie mogąc uwierzyć, że to już minęło.
Ocean pochłania rzekę, odcina piaszczyste wyspy. Ostrzegają srebrne ławice przemykające pod nogami dzieci.
Przychodzi ona, biała koszulka z napisem Brazil, kładzie się na brzegu Oceanu-rzeki, zapala papierosa. Wydmuchuje dym w rytm fal, a one Kosmosu. Zaciąga się wiecznością.

Arrifana
Słońce schowało się za cyplem. Ruszyli wtedy zakosami pod górę, niosąc ręczniki, koce, namioty, parasole, prowianty w małych lodóweczkach. W niebieskich pasach morza pozostały pojedyncze kropki i chybocząca się rybacka łódka. Na nią pomiędzy sieciami czekały chude koty.
Aljezur
Mówi Fernanda: wiatr z Maroka nanosi nam piasek i maluje ściany na żółto. Tego roku w dolinie nie słychać ptaków: hałasują wróble w rynnach. Metaliczne dzwonki to trzepot ich skrzydeł.
Aljezur jest pępkiem. Ociera się o mnie jasność, kiedy siedzimy w piekarni przy ulicy głównej.
Ci, którzy przyjeżdżają tutaj, są podobni do nas. Czasem rozpoznaję kogoś z poprzednich lat. Nas rozpoznaje kelnerka z restauracji nad rzeką: zastanawiam się, co sobie myśli, czy przyjadą tego roku.

Monte Clerigo
Ścieżki odpływu dokąd prowadzą drobne ciała?

Bordeira
Tego roku rzeka obmyła wielką wydmę. Drewniane pomosty trzeszczały i urywały się w wodzie.

Cordoama
Nazywam ją Wybrzeżem Odludków. Masywy wpadają w Ocean. Pół godziny w każdą stronę. Maleńkie stworzonka na piasku.

Vila do Bispo
Powtarzanie daje bezpieczeństwo – zauważa A., gdy siedzimy w tym samym barze, co zawsze (Dlaczego znowu w tym? – zapytał wcześniej). Wieje też jak zwykle, odlatują serwetki.
W cieniu, w loży siedzą i komentują starzy mężczyźni: kelnerka na próżno usiłuje ich przegadać. Siedzą tak szeleszcząc w każdej mijanej miejscowości, w barach i stacjach benzynowych melancholijni i wyzuci z czasu.
Martinhal
Zaraz za Sagres, zaczynało się Południe ze swoimi resortami, palmami i polami golfowymi. Kiedy tam zajechali przypadkiem (akurat twierdza była zamknięta a wiatr szarpał sukienkami), pod palmami parkingu czekały pokojówki.
Ciemnoskóre wymieniały plotki, rodzinne opowieści i pochwały swoich dzieci, wypatrując autobusu do Lagos albo Portimão.
Należeliśmy do świata środkowego, gdzieś pomiędzy ich tęsknotą a szmerem elektrycznych wózków golfowych.
