Dziennik z miasta na literkę K.

Arras (fragm.) z wystawy „Wszystkie arrasy króla. Powroty 2021–1961–1921”

O kolekcjonowaniu

Spośród kolekcjonerów najbardziej wytrwałym był zgrzybiały, a cudownie młody, pełen ognia i zapału Hoksaj (pisze o nim kolekcjoner Jasieński), zbierający tak wiele widoków, że nie starczały ich tytułowe liczby. Stąd czterdzieści sześć z trzydziestu sześciu widoków góry Fudżi, w tym widoki niemożliwe, wymykające się optyce i fizyce.

Zygmunt August za to, zupełnie jak moja babcia z R., choć na dużo większą skalę zbierał dywany i rozwieszał je na ścianach. Tkali mu je brabanccy mistrzowie z miasta na literkę B., zajmowało to sporo czasu i kosztowało fortunę. Przyznam – bawiąc się jak wszyscy w poszukiwanie na arrasach zwierząt – były to jedne z najlepiej wydanych środków publicznych w tym państwie.

Tymczasem ja próbuję zbierać chwile, widoki nie, bo o zdjęcia kłócimy się z A. Chodzimy po jesiennym Krakowie, notuję sobie, co myślę, co mówisz, co widzę. Tu także rzeczy i miejsca powtarzają się: który już raz zamawiamy risotto w „Dyni” i denatki w „Lisboa”? (ale potem nie umiem tego zapisać, może najważniejsze musi pozostać niedopowiedziane, a ze mnie żaden kolekcjoner?)

Bóg

Pamiętasz – pytam M. – staliśmy pewnej zimy nad papierowym ciałem Boga Ojca delikatnie wyciągniętym z magazynu tak, żeby się nie rozpadł w celulozowy pył?
Jeśli na Niego ustawiam ostrość, aparat przestaje widzieć nas, jeśli na nas znika niebieski Bóg.

Notatki z wycieczki

Najpierw człowiek o fizjonomii lamparta z arrasu czekał na nas na drodze z Wawelu. Potem pod innymi szyldami przez most obciążony setkami pordzewiałych miłości. Restauracja była baskijska, bo przypomniałem sobie o Bilbao. Podawali cząsteczki rekina. Na ścianie naprzeciw – dojrzała to M. – podpisał się Fukow. Piliśmy grzaną herbatę, w której pływał rozmaryn i wracaliśmy po Kazimierzu pachnącym starym olejem z frytownic. Oglądaliśmy włosy pod witryną fryzjera, który zatrzymywał czas. Wieczór zasklepiał się chłodny i światło na Plantach było inne niż rano. W hotelowym lobby rozmawialiśmy o sztuce. Święty Schiele, Święty Mueller, Święci Kirchner i Nolde czuwali nad nami.

Hokusai, fragment ryciny z cyklu „36 widoków na górę Fuji”

Hokusai. Wędrując

W tamtych czasach (choć sam nie wiem, które czasy określam już jako tamte) fascynowała mnie prostota dalekowschodniej literatury i sztuki. Ogród z kilku kamieni, dwadzieścia pociągnięć pędzlem, trzy wersy i więcej nie trzeba. Taki właśnie jest Hokusai, kiedy maluje sto wierszy stu poetów.

Tylko, że chyba wyrosłem. Potrzebuję więcej słów, chociaż nie umiem ich właściwie użyć. Cisza to za mało. Proszę pilnie wychodzić – mówi ostro pani – będziemy dezynfekować salę.

Polskie style narodowe 1890-1918

Wystawa jest jednym wielkim przypisem do monografii Ewy Klekot. Wszystko już u niej było: huculskie kilimy, Witkiewicz na kuracji, ubogie dziewczęta w tkalni Warsztatów Krakowskich. A jednak tutaj ma się wrażenie magazynu nieuporządkowanych rzeczy i gdyby nie animowane przewodniki w sali kinowej wychodzilibyśmy z muzeum jak z ikei.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s