dziennik wrześniowy

1.

pierwszy września. do sklepu agiede przychodzi paczka z książkami. nowe wiersze sławnych poetów i jak wychować nazistę. messendżer mruga co jakiś czas. po raz pierwszy od tygodni pojawia się słońce.

kałuże są całe biało-granatowe. pod płotem liceum omawia się najlepsze w tym roku marki papierosów. w pępku jeszcze rosa.

2.

drugi września. budzik nie dzwoni o siódmej trzydzieści siedem. sprawdzam na piekarniku jak późno. siódma pięćdziesiąt osiem jesteśmy już w szkole na przekór zwalniającym progom.

beata p. znana jako beata k. została zatrzymana w stanie nietrzeźwym.

3.

trzeci września. nowy singiel abby. (nigdy dotąd serio nie słuchałem abby). najpierw rozczulające czarno-białe zdjęcia, stare filmy, tacy jacy właśnie byli czterdzieści lat temu. cięcie. potem koncert awatarów. wzruszam się, że odkryli nieśmiertelność.

to jest piosenka o grzebaniu w szpargałach. i o tym, że można czterdzieści lat nie być, a potem znowu być.

W niedzielne popołudnie na Mokotowie odzyskuję interpunkcję. Podobnie jak chęć fotografowania i chęć pisania. Nic, że Mokotów jakoś przybladł. Szur, szur, liście pod nogami. Jak Björn albo Benny jestem teraz własnym awatarem. Mogę rozmawiać i jeść wegańskie żeberka.

Dobrze mi.

Wystawa Dunikowskiego w Królikarni. Przedwojenne portrety mają oczy jak u Modiglianiego, ale M. twierdzi, że są jednak inne: pozbawione błękitu. Może to ta polska szaruga odbija się w nich. (Ale dzisiaj jest słońce).

Malbork, os. Stare Miasto

Z podróży służbowej. Malbork

Najbardziej podoba mi się Osiedle Stare Miasto, bardziej niż największy zamek świata i największy wielki mistrz, któremu wszyscy robią przy kolacji zdjęcia. Mapa pokazuje obrys murów, tam, gdzie kwitną kosmosy. Jedna z baszt zresztą wznosi się w przedszkolu. Oprócz nich pozostały zarysy ulic. Popołudniami na trzepakach zawisają dzieci.

Czysty modernizm. Jeszcze parę lat temu zupełnie nie rozumiałem, jak tu pięknie. Harmonia pór dnia, odcienie bieli i słońca.

Krzyżak ogrodowy

Życie pająka to wieczne czuwanie – gdzieś czytam. Pojawia się znienacka. Czuwa na balkonie. Ośmioramienna szara gwiazda w sieci. Chcę mu (jej, samice zjadają samców) nadać imię, ale J. pisze, żeby się nie przywiązywać, nie przyzwyczajać.

Do nikogo. Zresztą dwa dni później nie ma ani jego (jej), ani sieci. Martwię się o naszego pająka – mówi cicho A.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s