Dziennik. Niby-niby (2)

I

Muzyka domu jest muzyką kolejnych mszy. Dziecko nabierze jeszcze wstrętu. Transmisje zahaczają o siebie, ale nigdy się nie kończą. Rzym miesza się z Jasną Górą, Jasna Góra z miejscowym kościołem, ten znowu z Krakowem. Ale cyt. Babcia śpiewa „Gorzkie żale” pięknym głosem tak jak śpiewała kiedyś czysto i nabożnie. To dźwięk archaicznej religii mojego dzieciństwa. Prareligii, która mogła wszystko. Usiłuję nagrać, ale przechodzi w szept.

II

(Prezydent Żuk nienawidzi drzew)

Lublin przysiadł nad betonowymi rzekami. Ich koryta są szerokie, ich brzegi bezdrzewne. Gęsta ich siatka wygląda na naszkicowaną przez jakiegoś szaleńca, który wieczorami fantazjował o milionach aut na amerykańskich highwayach.

Bezlitośnie tną krajobraz, wdzierają się w niebyłe łąki, rujnują całe kwartały dzielnic swą szarą powodzią. Nie wiadomo, co łączą ze sobą. Zazwyczaj są puste. Jest w nich monstrualna nieludzkość, taka, że nie potrafisz już protestować. Betonowe rzeki płyną teraz przez step.

Miasto w końcu będzie tylko wspomnieniem wież i drzew. Betonową formą jak w Hansenowskim pomniku, wokół którego wszystko obraca się w proch.

Komin po prawej, który pilnuje ich nurtu, jest kominem Majdanka.

III

Najważniejsza jest Wielka Sobota. Dzień pustki.
Kiedyś lubiłem czwartek, bo było dużo kadzidła i patosu, potem nieutulony piątek z hortensjami albo niedzielę: nastawiałem Haendla na wpół do szóstej. W sobotę nie ma nic. Można dojrzeć zza infantylnych koszyczków ciszę. I ten martwy Bóg gdzieś w przepaści, w illo tempore, który nie może czuwać, bo tego dnia go nie ma. Święto tych, którym nie dano pewności.

W tym roku zagłuszyliśmy ją babeczkami.

IV

Każdy z nas ma swoje święto. Są trzy msze, trzy kościoły w jednym em trzy, na sześćdziesięciu metrach. Trzy melodie pieśni, trzy głosy exultetu. Dziecko jest tricksterem, przebiega pomiędzy kościołami psocąc.

V

Zawsze o tym fragmencie Wyżyny. Pasy pól wbiegają na wzgórze, błyszczą oziminy. W horyzoncie drzewiasty wyłom frontowego cmentarza. Tutaj jedzie się dziewięćdziesiąt. Za każdym razem pokusa, żeby zjechać na bok, zgasić silnik, wyglądać saren w lessie.

VI

Wracaliśmy. Padało tak gęsto, że na szybie układały się obłe wzory z aut. Dziecko postanowiło zostać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s