Anna Marchewka, Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg

wp-1590128381496.jpg
Fragment okładki aut. Zuzanny Łazarewicz, DodoDesign

 

Biografia obiektywna nie jest możliwa. Możliwe jest tylko zbieranie i zderzanie wersji zdarzeń (s. 17).

Ta nieobiektywna biografia jest dziwna – po raz pierwszy stykam się z opisywaniem cudzego życia za pomocą strumienia świadomości. Właściwie wręcz do końca nie wiem czy nazwałbym ją biografią. Paradoksalnie ten sposób pisania – powtórzenia, nierozwiązywanie biograficznych wątków, nagle urwane ślady – zupełnie mi nie przeszkadza. Nic a nic. Czytam w końcu o Irenie Ewie Szelburg Ostrowskiej Zarembinie z powodu całkowicie irracjonalnego:

Pojechaliśmy na Wyżynę, wiecie o tym, jak wyrwaliśmy się wreszcie z uwięzienia i pomknęliśmy es siedemnastką, do starego orzechowego domu, który niegdyś pachniał cząbrem i ogniem, a dziś jedynie wilgotnością, i do ogrodu pośród pól rzepaku, a  jedzie się tam, przynajmniej jechaliśmy, obok Szelburg-Zarembinowego grobu. I ta Wyżyna w rzepaku, ten stary dom, krajobraz znany od dzieciństwa, przypomniał mi o „Rzece kłamstwa”, zamazanym w pamięci serialu, który dział się w tej okolicy. A potem pomyślałem o autorce powieści, tej pani od zwierzątek, bo „Najmilsi” to była moja ukochana lektura pierwszoklasisty.

Kim była? Na pewno nieodrodną córką Wyżyny z całym jej lessem i czarnowidztwem, fatalizmem z Wroniego Wzgórza. Pisząca rzeczy gorzkie w młodości, zgorzkniała na starość. Gdy Jarosław spotyka Zarembów w Rzymie współczuje im całkowitej utraty radości życia (podobne moje wrażenia z wizyt w Lu.) Próżno szukać jakichś śladów szczęścia w tej nie-biografii. Zresztą autorka szczególnie się nie stara, zdaje się, że posługuje się Szelburg-Zarembiną, aby toczyć na własny rachunek wojnę ze światem. Czytam w dziesiątym tygodniu zarazy, już nieco zobojętniały na słowa: rodzina nie ocala, drugi człowiek to chodząca bomba domowej roboty, (…) związek może okazać się śmiertelną pułapką (s. 25).

Nie dowiemy się dużo, nie dowiemy się więcej. Jeszcze raz spoglądamy na Wyżynę, na miasteczko, które dla nas jest ważne, tak jak ogląda je autorka „Najmilszych”: nikt do tej nędzy [żydowskiej przeszłości – Dz. U.] nie chce się przyznać – jest zacierana, przesłaniana świętymi obrazami, znajomymi bezpiecznymi (s. 78). My też tam przecież do świętej figury.

*

(Wybór tekstów w drugiej części książki) Prawdziwym zaskoczeniem jest proza Szelburg-Zarembiny dotycząca I wojny światowej. Doświadczenie rzadko obecne w polskiej literaturze, na które ona spogląda oczyma pielęgniarki w lazarecie. Nie wiedziałem, że taka proza istnieje w Polsce. Zupełnie nieobecna w rocznicowych tekstach, świadczy po stu latach o obrzydliwej cielesności wojny. Jej głos jest mocny, jeśli do czegoś miałbym go porównać to chyba tylko do „Wojny wojnie”. To, co on osiągnął fotografią, ona potrafi opisać słowami. Język wyżynny, ten język braku nadziei, bardzo się tu przydaje.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s