Marek Bieńczyk, Katastrofy i wypadki w czasach romantyków

Apotheosis
Wasilij Wierieszczagin, Apoteoza wojny, 1871, Galeria Tretriakowska, źródło: wikimedia.org. Kiedy M. pokazała mi ten obraz, od razu pojawił mi się w głowie gdzieś, kiedyś zobaczony i zapamiętany. Jakbym tę stertę czaszek wewnątrz swojej własnej ukrywał.

1.

Nie wiem kto, ale ktoś na którejś fejsbukowej ścianie polecał na zarazę Bieńczyka i jego antologię o katastrofach (może Mariusz Szczygieł?) Rzecz rzeczywiście jest wspaniała, zwłaszcza, jeśli rozmyślasz ponuro, czekając na kres czasów.

Ów kres jest w oczywisty sposób bardziej pociągający niż własna, osobista katastrofa. Niesie ze sobą nieziemskie pocieszenie: w końcu apokalipsa to opowieść o Wielkim Powrocie. Zresztą skoro zginą wszyscy, własna śmierć nie wydaje się szczególnym koszmarem. Kres czasów dodaje nam otuchy.

Kres czasów pozbawia nas lęku przed anonimowym odejściem. Skoro zginą wszyscy nie trzeba już dbać o pamięć po sobie. Zupełnie inaczej niż w wypadku katastrofy, dajmy na to statku „Austria”, szesnaście mil od Nowego Jorku, w roku 1858. Kim jest ów anonimowy Węgier, ojciec siedmiorga dzieci, co kazał żonie skoczyć w morze, potem pobłogosławiwszy sześcioro starszych, kazał im rzucić się po kolei, nareszcie wziąwszy ostatnie dziecko na rękę poszedł za familiją w otchłanie (s. 182)? Jaka pamięć pozostaje po ofiarach tamtych pożarów, powodzi, trzęsień ziemi i moru, skoro po stuleciu nie pamiętamy, że taka katastrofa miała kiedyś miejsce?

Pewną ucieczkę od niepamięci zapewniało wojsko. Pominąwszy spory procent nieznanych żołnierzy z tabliczkami N.N. na cmentarzach, to jednak porządkowało ono ludzkie życiorysy przez swoje rejestry i pozwalało spocząć w oznaczonych i pielęgnowanych kwaterach. Tak, z całą pewnością zginąć na wojnie, to było lepsze niż tonąć wraz z „Austrią”, szesnaście mil od Nowego Jorku.

2.

Julian Ursyn Niemcewicz: (…) okropne szkody, przerwane komunikacje, zawalone drogi, ulice, w miastach mieszkańcy w domach zamknięci, brzegi morskie okryte rozbitymi okrętami, trupami, towarami (s. 133) [podkr. moje – Dz. U.]. Niemcewicz też oczekiwał kresu, notował namiętnie kolejne oznaki nadchodzącego końca. Coś na kształt tego, co robiłem tutaj, zanim morowe powietrze nie przyszło i nie przyćmiło katastrof większych, które nadciągają.

Żyli wówczas w czasach, gdy geologia wywracała im świat do góry nogami (lepiej napisać by: zatrzęsła światem): wielkie trzęsienie w Lizbonie i obrócenie w perzynę pobożnego miasta; teza, że Ziemia ma więcej lat niż podaje Biblia; potop jako jedna z epok (niepokojące skamieliny). Gdzieś daleko, nie wiedzieli nawet gdzie, wybuchł wulkan i niebo na parę lat nabrało apokaliptycznych barw – dużo z tego powodu malarstwa i literatury.

Antologię Bieńczyka cytowałem czy też trawestowałem już dwukrotnie w kronikach z ostatnich dni. Jest wydawnictwem zupełnie wyjątkowym. W pierwszej części sporo jest katastroficznej teorii, która udowadnia, że po dwustu latach, do katastrof podchodzimy w sposób nieco podobny. Księża także głoszą podobne kazania, doszukując się kar za nie swoje grzechy (wykorzystać pedagogicznie katastrofę – oto wyzwanie).

3.

Nie wiem, czy kiedyś o tym pisałem: staram się pamiętać o minionych katastrofach. W końcu wciąż wypatruję nadchodzących, więc starannie zbieram te, które już były (pamiętajcie: jestem z Lublina, gdzie nawet u fryzjera może zabić cię bomba). Za najstraszniejszą – w prywatnej antologii – uważam pożar w domu towarowym w mieście na literkę B. (Rue Nueve, maj 1967, ponad ćwierć tysiąca ofiar). Historia mknie, nikt nie pamięta.

Kiedy dziś piszę, zapisuję na marginesach: pomór sikorek w Niemczech, rok dwa tysiące dwudziesty.

4 Comments

  1. Niestety, nie przebrnęłam przez podobno fantastyczną Melancholię Bieńczyka…
    Nie stronię (sic!) od lektur trudnych, acz wnoszących dużo treści do życia.
    Czy sięgnę po Bieńczyka, pewnie gdybyś coś polecił, to tak.
    Pozdrawiam, dobrej niedzieli.

    Polubienie

  2. Czaszki. Ja noszę w pamięci wstrząs, o jaki przyprawiła mnie widziana w dzieciństwie (kolonie letnie) kaplica czaszek w Kudowie-Zdroju. Obraz Wereszczagina natychmiast przywołał tamto wspomnienie. Ono jest nawet „jeszcze bardziej” niż Wereszczagin.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s