Elizabeth Winder, Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953, Marginesy 2015

 

(Sylvia Plath z dziećmi Nicholasem i Friedą, 1963, Writer Pictures, źródło: theguardian.com)

 

1.

Znowu za sprawą wydawnictwa „Marginesy”, wracam na blogu do neurotycznych poetów. Poeci dzielą się zasadniczo na dwie grupy: wiecznie młodych oraz starych mędrców, z tym, że starzy mędrcy też na początku są młodzi, ale rozumiemy ich dopiero wówczas, gdy zbliżają się do śmierci i mają w sobie już mądrość, która daje im prawo pouczać prostaczków. Niektórzy z tego prawa korzystają nader chętnie, niestety również w prozie i publicystyce, co może umniejszać poetę, ale w żadnym razie nie umniejsza jego poezji. Inni zwyczajnie osiągają harmonię z sobą i ze światem, jak owi wielcy buddyjscy mistrzowie. Wiecznie młodzi natomiast to ci, którym się udało zamknąć okres ziemskich lat w pół słowa. Pozostawili więc wieczne niedopowiedzenie. Serce, pocisk, sznur, kuchenka gazowa, podobnie do świętych mają wiecznie młodzi poeci swoje własne atrybuty.

Starzy mędrcy całe życie borykają się ze śmiercią i oswajają śmierć: na tym oswojeniu polega ich mądrość. Młodzi nie zdążyli się nią jeszcze przerazić, dlatego w nagrodę ofiarowuje im ona natychmiastową nieśmiertelność. Najgorsza jest sytuacja tych ze środka, zbyt starych by ich uznać za wiecznie młodych, zbyt młodych, aby ich uznać za mędrców, gdy trzaskają głową w newyorski bruk.

Wobec podziału na wiecznie młodych poetów i poetów – starych mędrców, wszelkie inne podziały mają charakter wtórny. Tak wygląda też sprawa z neurotycznością. Neurotyczny może być bowiem zarówno stary mędrzec (Leonard Cohen), jak i wiecznie trzydziestoletnia Sylvia Plath.

2.

Niewiele wiem o Sylvii Plath. Raczej banalne wiadomości: smutek, depresja, toksyczny związek z Tedem Hughesem, wreszcie dzień, w którym uszczelniła szpary w drzwiach i oknach, odkręciła gaz i włożyła głowę do piekarnika

Nie czytałem jej dziennika, nie znałem jej poezji. Teraz chcę. Tak zwykle się zaczyna przygoda z pisarzami i poetami: od jakiegoś napomknienia, fragmentu lub – tak jak w tym przypadku – jednego zdjęcia na okładce.

3.

Kto by się spodziewał? „Sylvia Plath w Nowym Jorku, lato 1953” wcale nie jest książką o Sylvii Plath: nie jest ani biografią, ani opowieścią o ikonie. To coś zupełnie innego, czego nie potrafię zdefiniować. Smak pewnej epoki. Jej strony pełne są opisów ubrań, fryzur, charakterystyk makijaży. 

Taki Nowy Jork rozpoznaję z filmów, jest dokładnie taki jak sobie wyobrażam: widok na żółte taksówki z lotu ptaka, znad Chrysler Building. Tam, na dole, panienki w pastelowych kapeluszach niosą pudełka z zakupami.

Sylvia Plath jest tylko pretekstem.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s