Dziennik. Opowieści z B. (1)

Berlin2014_2015

Opowieść o końcu

Ubany i esbany w B. to są dziesiątki opowieści do wykorzystania, nie mówiąc już o tyluż zdjęciach. Wiele razy o tym pisałem1, więc niczego nowego nie odkrywam, gdy wsiadam w ostatni wieczór tamtego roku i zaczynam się rozglądać. Niespokojnie, żeby nie przeoczyć. Na przykład tamta ładna dziewczyna popija coś różowego z gwinta i się całuje. Rozdzielają nas rakiety wymierzone w sufit. Naprzeciw, to już inny wagon, trzy uczennice symbolizują trzy kontynenty: białoskóra, czarnoskóra i żółtoskóra mieszają drinki z wódką w plastikowych kubeczkach, życząc wszystkim dobrego wślizgu2. Ale oto wsiada człowiek-pointa. Człowiek-pointa zajada się kebabem, popijając go koniakiem z butelki.

Jedziemy na plac przed głównym dworcem, gdzie trwa kanonada. A powiem Wam, że Niemcy w tych kanonadach to są całkiem dobrzy. Wyciągają – przed każdą z nigdy niezniszczonych kamienic – fajerwerki i, łubudu lub ze świstem – siuuu, odpalają. Podobnie w tym tłumie przy dworcu, który akurat był zniszczony i został odbudowany, co ponoć wyszło mu tylko na dobre, ciągłe łubudu i siuuu. Z każdej strony, bez przerwy. Uważaj na petardy! – dzwonili rodzice, więc jak im teraz wytłumaczę, gdzie jestem, zresztą chyba łubudu i siuuu zagłuszyłyby życzenia, więc lepiej wyślę esemesa. Stoimy tak w siarczanym dymie, prawdziwe piekło, i czekamy aż nadejdzie. Nad Szprewą i za Szprewą ciągłe łubudu i siuuu.

Jak wracamy to jest już dwa tysiące piętnasty i z esbana na ubana przesiadamy się na dworcu zoo. I jesteśmy głodni, a niedawno piliśmy szampana, a to był nie byle jaki szampan, bo Jo. precyzyjnie wybiera alkohole, ale zgłodnieliśmy. I kupujemy w nowym roku kebaba w sreberku i jemy go, i robimy zdjęcia. I to jest pointa tego wieczoru: nie byle jaki szampan i kebab, jak u tego gościa od koniaku parę linijek wyżej. (31.12.2014)

Opowieść o skutkach picia ajerkoniaku

Bardzo nietypowo zaczyna się ranek, bo zagląda słońce a dawno słońca nie widziałem takiego szczerego. Bardzo nietypowo, bo A. czyta książki kucharskie tego ranka, ogląda zdjęcia potraw i zastanawia się nad smakiem. Jakbyście znali A., to byście wiedzieli, że to co najmniej dziwne.

Rozgarniamy więc ślady po wczorajszym łubudu i siuuu, przedwczorajszym śniegu, i jedziemy na Plac Poczdamski, gdzie podają śledzie, i pączki, i parę innych specjałów, no i ajerkoniak. Do grzanego ajerkoniaku oni tu dodają bitej śmietany, ale bitte, to jest już przesada. Chwyta ten ajerkoniak mocno, za szyję łapie, co ja powiem swojej dietetyczce jak wrócę i pójdę się spowiadać? Łapie na Placu Poczdamskim pośród dzieci, Polaków i hipsterów (te trzy kategorie pozostają w różny sposób na tym placu ze sobą przemieszane). Potem w ubanie spotkamy Portugalczyka, który będzie syczał pięknie, i będzie wracał z placu, co poznamy po kufelku na grzane wino (kaucja trzy euro) i będzie w żółtych japonkach, poza tym bose stopy, aż zimno nam się zrobi, bo odwilż, ale zimna odwilż w tym B.

A my nagle, po tym ajerkoniaku nagle, znajdujemy się w Ostberlinie. Siedzimy w kawiarni na rogu, a ludzie nam się za oknem tak kolorowo rozmazują. (01.01.2015)

____

1 O znaczeniu komunikacji miejskiej w B. pisałem tutaj.
2 To znaczą niemieckie życzenia noworoczne: Guten Rutsch!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s