
Mary Shelley, Matylda, tłum. Anna Dzierzgowska, Filia 2026
Nie wiemy, jaki sens ma ten szeroki świat, ta dziwna mieszanina dobra i zła. Ale zostaliśmy w nim umieszczeni – kazano nam żyć i mieć nadzieję (s. 112).
Rozpoznaję w monologu umierającej Matyldy znajomy idiom. Sto lat później w ten sposób będzie wyznawał proustowski narrator „W poszukiwaniu straconego czasu”.
Tymczasem jesteśmy na wrzosowiskach Anglii i upajamy się smutkiem tak bezbrzeżnym, że aż śmiertelnym. Zanim pojawią się kozetki, a później tabletki o nazwach jak mityczni herosi, bohaterka Mary Shelley wprowadza nas w zakamarki rozpaczy – pandemii tamtej epoki.
Przypadek Matyldy zapewne ucieszyłby wielu psychoterapeutów. Jest to bowiem historia uczucia, które kulturowo i społecznie nie jest akceptowalne. Póki niewypowiadane – przemienia się w bezpieczną oziębłość. Raz wyznane zamienia wszystko w rozpacz.
Jesteś mym światłem, moją jedyną, moim życiem (s. 53) – przyzna rozgorączkowany ojciec, przecinając życie swoje i Matyldy na pół. Nic cielesnego się nie wydarzy, za to pragnienie okaże się zabójcze dla obojga, ono samo będzie w ich oczach występkiem.
Światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo – płomiennie będzie zapewniał późniejszy bohater literacki (w tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego), który ulegnie pokusie.
Nieznośna kondycja człowiecza (o to chodzi romantykom i romantyczkom).
