księgarnia 70/26

Caspar David Friedrich, Taras pałacowy, 1811, Pałac w Charlottenburgu, źródło: spsg.de. Prerafaelicka Ofelia na okładce „Matyldy” jest na swoim miejscu: ta jej kruchość, ten bezbrzeżny smutek. Drażni mnie jednak ckliwość późnego malarstwa. Co innego CDF: romantyzm sauté.

Mary Shelley, Matylda, tłum. Anna Dzierzgowska, Filia 2026

Nie wiemy, jaki sens ma ten szeroki świat, ta dziwna mieszanina dobra i zła. Ale zostaliśmy w nim umieszczeni – kazano nam żyć i mieć nadzieję (s. 112).

Rozpoznaję w monologu umierającej Matyldy znajomy idiom. Sto lat później w ten sposób będzie wyznawał proustowski narrator „W poszukiwaniu straconego czasu”.

Tymczasem jesteśmy na wrzosowiskach Anglii i upajamy się smutkiem tak bezbrzeżnym, że aż śmiertelnym. Zanim pojawią się kozetki, a później tabletki o nazwach jak mityczni herosi, bohaterka Mary Shelley wprowadza nas w zakamarki rozpaczy – pandemii tamtej epoki.

Przypadek Matyldy zapewne ucieszyłby wielu psychoterapeutów. Jest to bowiem historia uczucia, które kulturowo i społecznie nie jest akceptowalne. Póki niewypowiadane – przemienia się w bezpieczną oziębłość. Raz wyznane zamienia wszystko w rozpacz.

Jesteś mym światłem, moją jedyną, moim życiem (s. 53) – przyzna rozgorączkowany ojciec, przecinając życie swoje i Matyldy na pół. Nic cielesnego się nie wydarzy, za to pragnienie okaże się zabójcze dla obojga, ono samo będzie w ich oczach występkiem.

Światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo – płomiennie będzie zapewniał późniejszy bohater literacki (w tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego), który ulegnie pokusie.

Nieznośna kondycja człowiecza (o to chodzi romantykom i romantyczkom).

Skomentuj