
Z wnętrzności jesieni
Sam minpoorseia tak zasuszenie – autokorekta poprawiła Dż. zdanie o zaduszkach. Może chciała coś nam opowiedzieć.
Na hali ulewa, że z baldachimów strumienie na dynie i przejrzałe winogrona. Potem gwałtowne przejaśnienie nad włoską kawiarnią.
Klawo jak cholera – powiedział jeden w orędziu. Pasowali do siebie, dwaj wytrawni gracze, jak halloweenowe zmory.
Naprawdę minął już rok? – dopytują zdjęcia google, żeby wywołać wanitatywne myśli.
Bez kuchni. Cała wanna w pomarańczowym miąższu.
Dziecko-duch chodzi po uliczkach domków. Świecą fosforyzujące czaszki. Maskarada tłoczna jak na Brooklynie. U nas nikogo, odkąd sąsiad dzieciom wygłosił katechezę.
Nad zasypanym liśćmi kraterem w grobie Dunikowskiego, rozmawiamy o sławie. Jak jej filtr odcedza. Po pięćdziesięciu latach pozostaje kilku pisarzy, poetów, generałów. Aktorzy telewizyjni z przewagą nad teatralnymi. Patroni ulic pewniej niż z pamiątkowych tablic.
Wiewiórka powązkowsko-wojskowa usiłuje wkopać orzechy w doniczki wrzosów.
To, co było, nie obchodzi Dziecka. Tylko ja, utkwiony wzrok w minionym. Dwa lata chodził z nią na zajęcia, ale zupełnie przeoczył.
Na Północny czarne kurtki puchowe. Torby z biedry pełne zniczy. Ocierają się o moje łydki żółte chryzantemy. Dziewczynka czyta „Kołysankę”.
Siwe wrony wólczańsko-węglowe w nogach obijają orzechy. Niepamięć już po pięćdziesięciu latach objawia się w liściach. Jedni szybciej, szybciej jak po arkadii. Inni ciągnąc dzieci, pamiętasz jeszcze babcię? Nowa moda na wielkie zdjęcia, czasami zły wydruk, spływają, rozkłada się twarz na zielono.
Poddenerwowani, zgubili kwaterę.
