Mela Muter, czyli o świetle

  

Mela Muter. Współ-odczuwanie świata, Villa la Fleur, Konstancin, do 28 lutego 2027 r.

(W niedzielne południe, mrozik czuć w mglistym powietrzu, tłoczno w salach. Gość, co się rozpycha swoim ego, z lufą aparatu, odgarnia ludzi, cały spektakl: zajmowanie, ustawianie, celowanie, repryza. On ma być w centrum, nie jakaś Mela Muter. On wspaniały, fotograf sztuki, mężczyzna triumfujący).

Polskie malarki powinny nosić szlacheckie nazwiska (-ska, -cka), wtedy je wielbimy, bez względu na talent. Mutermilch z domu Klingsland zgoła nie pasuje.

Dlaczego przychodzi nam na myśl Boznańska, a zapomnieliśmy Melę Muter? Dlaczego obchodzi nas Józef Brandt, a nie – o niebo lepszy – Mojżesz Kisling? – zapisywałem jakiś czas temu. W Konstancinie po raz kolejny można się przekonać, że Mela Muter była najwybitniejszą polską malarką przełomu XIX i XX wieku. -Skie i -ckie mogą się schować.

Świetne portrety i widać na nich, że do swych modeli, bez względu na płeć i wiek, podchodzi z czułością. Starość nie oznacza brzydoty, macierzyństwo jest pełne blasku, zatrzymuję się przed dziewczynkami z twarzami malowanymi w zwierzęce maski: dzisiaj Mela Muter mogłaby portretować therianki.

Ale najbardziej zachwycają mnie jej pejzaże. Dotąd znałem Muter głównie jako portrecistkę, tymczasem ona poluje na światło. Wielokroć wraca na Południe: do Baskonii, Katalonii, Prowansji, Langwedocji. Widoki Awinionu, tworzone w środku wojny, te krajobrazy rudej ziemi, podobnej do algarwiańskiej, z oliwkowymi kreskami drzewek, są dokładnym zapisem olśnienia. Podobnie jak prześwietlone, złote łodzie w Collioure.

Śródziemnomorska światłoczułość Meli Muter wymaga wyjątkowej wrażliwości. Nie chodzi o warsztat, czy o styl (-skie i -ckie mogły być wielce utalentowane), chodzi o oko. Widzące ponad ciasne, prowincjonalne horyzonty.

Skomentuj