Wycieczki

Roztocze, sierpień aq2026 r.

Odkąd pamiętał, ojciec dręczył ich wycieczkami krajoznawczymi. Musiał sobie kiedyś kupić przewodnik „Poznaj swój kraj” czy „500 obiektów wartych zobaczenia”, bo w każdy wolny weekend budził ich przygotowany i przedstawiał kolejną, w swoim mniemaniu, atrakcyjną trasę.

Matka niby protestowała, ale już dawno przestała starać się rozumieć ojca i koniec końców ustępowała. Zwłaszcza, że nie musiała wiele: wystarczyło iść tam, gdzie on szedł. Oczywiście, że go nie słuchali. Ostoja jakiejś niebywałej paleoarktycznej flory, modernistyczny kościół przeniesiony na wieś, widok na ulicówkę w oddali, głaz wystawiony ku czci dziedziczki. Wszystko to niepomiernie interesowało ojca. Zatrzymywał się, podnosił do oczu telefon i pstrykał różne ujęcia tego samego. Czasem, na jakimś wyjątkowym tle, pstrykał też ich matkę. Jego i brata nie dało się sfotografować tak łatwo. Nie wzruszały ich żadne endemity, hrabiny i apsydy.

Ojciec twierdził, że całe dzieciństwo pragnął turystyki – rozkładał wokół siebie mapy i foldery pobrane z miejscowego punktu informacji turystycznej, odczytywał nazwy miejscowości, uczył się szlaków na pamięć – na dziesiątym kilometrze szlak żółty skręca w lewo obok kapliczki – ale jego rodzice nie podzielali tej pasji. Uważali, że wszędzie dobrze, ale w domu jest najlepiej. Dawno temu, gdy był mniejszy, pojechali z nim do miejscowego kurortu – kiedy zobaczył oznaczenia szlaków wprost oszalał – chciał zwiedzić Górę Cmentarną (czerwony), romańską rotundę świętego Idziego (niebieski) i rezerwat „Źródliska” (zielony). Oni właściwie chcieli zajść do domu zdrojowego, toteż skończyło się histerią, awanturą i szybkim powrotem tam, gdzie najlepiej. Nie pojechali już więcej.

Kiedy dorósł i założył rodzinę, postanowił zarazić ją swoją pasją i zrealizować wreszcie dziecięce marzenia. Szlaków było pełno, wystarczyło rozplanować je na kolejne soboty. Można powiedzieć, ojciec był na to przygotowany od co najmniej kilkunastu lat.

Ze wszystkich turystyk ojciec najbardziej cenił pieszą – w kolejności: wyżynną, górską i nizinną. Ku ich wielkiemu rozczarowaniu najsłabiej wypadała turystyka miejska, może dlatego, że ojciec szybko zauważył, że obaj z bratem urywali się z takich wycieczek najłatwiej. Wystarczyło skręcić do sklepu, ukryć się na placu zabaw (to ćwiczyli od małego) albo udając zainteresowanie gotykiem, schować za filarami w nawie bocznej. Ojciec nie zauważał tego zajęty kadrowaniem albo matki, albo kolejnego fryzu czy reliefu. Kiedy ich odnajdował, utraciwszy możliwość zwiedzenia jakiegoś muzeum, atmosfera siadała. Wracali w ponurych nastrojach i ojciec milczał zamiast zwyczajowo zachwycać się obejrzanym dziedzictwem.

Co innego piesze wędrówki. Owszem można było wlec się z tyłu, udawać zmęczenie, z premedytacją przeżuwać prowianty, ale kto chciałby kryć się po tarninie albo ryzykować zamoczenie butów. Koniec końców człapali w milczeniu za ojcem, ewentualnie próbując namówić matkę na wspólny postulat korekty trasy, jej skrócenia, odłożenia na kolejny raz chronionych torfowisk i osiemnastowiecznego Jana Nepomucena.

Musiał to zauważać. Doszli do wniosku, że z weekendu na weekend cieszył się jakby mniej, mniej entuzjastycznie opowiadał im o tym, co zobaczą, nie przytaczał już miejscowych legend, ograniczał informacje historyczne i przyrodnicze. Ważne dla niego było już tylko to że szli za nim. Pośrodku była matka: wydawała się równie znużona tym całym krajoznawstwem, co oni. Teraz już za każdym razem, wstawiała się za nimi, orędując na rzecz dzielenia tras na mniejsze odcinki albo korzystania ze szlaków łącznikowych. Częściej ustępował, mając przeciw sobie trzyoosobową koalicję.

Stało się to którejś sierpniowej soboty. Na komórce wyświetlała im się dziesiąta. Już dawno powinni być na szlaku. Tymczasem w domu nie było słychać żadnych hałasów. W sypialni rodziców zastał dopiero co obudzoną, równie zdziwioną jak on, matkę. Ojca nie było. Brakowało również bidonu i biszkoptów, były za to ślady porannej kawy w ekspresie. Nie wiedział, czy wymawia to z ulgą czy z rozczarowaniem, w końcu wiele razy życzyli sobie tego, błądząc po szuwarach, lessowych wąwozach i polodowcowych wydmach, ale teraz coś wydawało się bardzo nie tak, coś ich omijało, coś się radykalnie zmieniło:

– Musiał pójść sam.

1 Comment

  1. Pingback: Odyseja – Dz Urz

Dodaj komentarz