
Wojciech Lada, Za chlebem. Polscy chłopi w poszukiwaniu ziemi obiecanej, Wielka Literą 2026
Ich grupki widywało się nie tylko pod dachem dworca, ale też w niezliczonych koczowiskach, w jakie zamienili skwery i ulice (…) Nawet najżyczliwsi im musieli przyznać, że nie robili dobrego wrażenia (…) Zdarzały się bójki, podobno także kradzieże (s. 42).
Coraz mocniejsza kontrola granic powodowała, że (…) zbijali się pod drodze w karawany liczące nawet około tysiąca osób (s. 48).
Relacja z Ceuty dotycząca tych, których prawicowe szczujnie określają uwłaczającym mianem inżynierów (a że prawica w Polsce mimo zmiany władzy jest the same picture, mówi tak zarówno R., jak i twierdzą w Pobożnie)?
Nie, to historia polskich chłopów ogarniętych gorączką brazylijską w 1890 r.
Wszystkich irytowali wyłącznie Polacy (s. 314) – zapewne z retoryczną przesadą stwierdza autor, ale szczęście, że nagonki nie prowadziły wtedy tuzy prawicowego szczucia. Rutyna, inercja i brak inicjatywy (s. 318) podsumowuje polską społeczność raport z lat trzydziestych.
*
Człowiek już ma ochotę pochwalić „Za chlebem”, ale zaraz natrafia na rozdział o rejsie z Europy do Brazylii, najeżony dygresjami nie na temat. Są tu dzieje wikingów, zarys historii Hanzy, streszczenie smutnych losów Guanczów oraz portugalskiego handlu niewolnikami.
Podobnie jak u Anety Godyni autor swoją opowieść buduje na korpusie źródeł („Listy z Brazylii” Dygasińskego i „Listy emigrantów” wydane przez profesorstwo Kulów), jak ognia unikając syntezy. Zupełnie nieobecne są oczywiście źródła brazylijskie, podobnie jak dane statystyczne (to chyba ta słynna niechęć humanistów do matematyki).
Mimo to „Za chlebem” ciekawi. Przez większą część książki prowadzi nas historia Macieja: gotowy materiał na awanturniczy film, polsko-brazylijski western. Wyrwany – dokładniej, sprzedany przez ojczyma – ze stuporu polskiej osady, Maciej ima się różnych zajęć, uczy portugalskiego, w końcu stając się wzorcowym obywatelem wielokulturowej Brazylii.
Relacje polskich migrantów z ludnością rdzenną, kaboklami (caboclos), czyli luźną ludnością dżungli, wreszcie z tropikalną przyrodą – jest w „Za chlebem” sporo rzeczy interesujących, takich, które chciałoby się doczytać. Nic za to prawie nie ma o zwyczajach, czy religii (czy narodził się jakiś synkretyzm?)
*
Babcia Z. wspominała o jakiejś ciotce w Brazylii. Nie pamiętam dokładnie, bo jechać chciałem do tej drugiej Ameryki, nie tam.
Za to u A. odnaleźli się sami. Na którymś z genealogicznych portali dorysowali siebie, migranci z wnętrza Wyżyny, z lessu:
W pewnej bocznej linii rodziny Kutrzepów pojawia się Magdalena Kustrzepa z s, które może było błędem metryki, a może czymś więcej, zważywszy na to, że Magdalena w październiku 1881 roku rodzi syna, któremu nadają to samo nazwisko. Ojciec nie pojawia się – nie sprawdzam, ale zapewne nie ma go też w metryce.
Szymon Kustrzepa w wieku dwudziestu czterech lat żeni się z dala od rodzinnej miejscowości, zamieszkuje również w pewnym oddaleniu. W 1911 ma trójkę dzieci: Jana, Władysława i nowonarodzoną Janinkę, która niestety umiera w czerwcu. Czy właśnie ten fakt wpływa na decyzję o emigracji? Świeży kopczyk na cmentarzu w Łopienniku?
Jakkolwiek by nie było, kolejny zapis dotyczący Simão Kustrzepy pochodzi już z Rio de Janeiro z grudnia tegoż roku: rolnik, katolik, imigrant. Nazwisko sprawia trudność miejscowym urzędnikom (może także samemu zainteresowanemu): Kosczepa, Kochepka, Kutrzepa. Zarówno żona, jak i starszy syn przeżywają podróż, przy Władysławie autor drzewa, potomek Szymona, sucho informuje, że umarł w Brazylii.
Małżeństwo zamieszkuje w São Miguel das Missoes w stanie Rio Grande do Sul. Rodzą się kolejne dzieci Rozalia (w Santo Ângelo w 1912), Stanisław (tamże w 1914), Antoni (w Ubiretama w 1916), Marianna (tamże w 1920), Adam (bez daty), Aleksander (jak wyżej) i Władysława (Wuadja jak zapisują metryki, także bez daty). Oprócz nich są jeszcze te, które powiększyły grono aniołków: Leonard, Roman, Zofia i Tereska (Terezinha zapisuje urzędnik). Ta lista wskazuje, że Brazylia musiała okazać się dla Szymona i Karolina ciężkim przeżyciem.
Urzędnikom nadal sprawia problem trzeszczące nazwisko. Pojawiają się więc Kosezapa (tak zapisują Karolinę), Kosztrzepa (syn Jana), Kosczepa, Koschewska, Kochepki (z tej linii wywodzi się autor rozpiski), Kozcheska, Kochepka.
Szymon dożywa godnego wieku i umiera w 1967 w Cândido Godói, wdowa przenosi się do Margaridy w stanie Paraná (gdzie mieszkają synowie Adam i Aleksander). Umrze w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat.
Ich dzieci niekoniecznie pobiorą się z Polakami (choć np. Jan wybierze potomkinię wcześniejszych migrantów). W pokoleniu ich wnuków – za wyjątkiem jednej linii – zanikną pochodzące z Polski imiona.
W latach sześćdziesiątych na Wyżynę dotrze pewien ksiądz. Nie będzie znał dobrze polskiego, tylko portugalski i łacinę, ale będzie dopytywał się o Kutrzepów. W domu na wzgórzu otworzą mu dwie małe dziewczynki, niewiele rozumiejące z tego, co mówi. Zapamiętają tylko Brazylię. Gość odjedzie i nigdy więcej się nie pojawi.
Podejrzewam, że to właśnie on, Kochepki, poskładał mozaikę rozmaitych nazwisk z Rio Grande do Sul i odkrył, że wszyscy pochodzą z wąskiej wsi w dolinie Giełczwi, oddalonej o dziesięć tysięcy kilometrów.
