
Estremadura
Opis Estremadury przez nieznanego podróżnika zapisany
Miasta są tu rzadkie. Porozrzucane po wzniesieniach, skupione wokół zamków, które nazywają z arabska alkazarami albo alkazabami. Białe, gęste, z wyrastającymi nad nimi wieżami kościołów z żółtego kamienia. W miastach pałace rodów, które majątek zyskały w Nowym Świecie. Krajobraz wyżynny: rżyska złote i sady żołędziowe zwane dehesami.
Jerez de los Caballeros
Upał ich zaskoczył. Ściskał pomiędzy ścianami budynków. Miasto było amfiteatrem, ale to można dostrzec jedynie z dołu.
Auto zatrzymało się w wąskiej uliczce i starszy mężczyzna popatrzył na nas ze współczuciem. Niemcy? – spytał i nie czekając na odpowiedź zaczął tłumaczyć jak dotrzeć na zamek.
Nie spotkali nikogo innego. Mieszkańcy skryli się przed słońcem. Templariuszy skazano dawno temu. Hernando de Soto umarł nad Missisipi, marząc o złocie.
droga
Przez prześwity ciężarówki patrzyły na nich bez żadnej skargi oczy brązowych krów. Kierowca poszedł pogadać na stację benzynową. Czekały cierpliwie, kiedy dalej ruszą. Dokąd jadą? – spytało Dziecko: nikt nie odpowiedział, bo wszyscy znali odpowiedź.
Z doliny nadleciał żółty żniwny wiatr.

Badajoz
Badajoz przez wiele lat było twierdzą nieustannie bombardowaną przez wraże wojska, gdzie masakry cywili były chlebem powszednim (rozjuszeni żołnierze przypominali raczej sforę ogarów piekieł, wyrzucanych z infernalnych regionów na zgubę ludzkości – zapisywał w 1812 roku świadek plądrowania miasta przez armię księcia Wellingtona). Z murów wyrosło dopiero w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Panuje w nim niezwyczajny smutek, endemiczna melancholia.
Miało swoje ambicje: świadczą o nich secesyjne kamieniczki, nieudane naśladowanie Giraldy. Pod nią wieczorem ustawia się kolejka młodzieńców do fryzjera, wszyscy chcą mieć włosy farbowane na biało.
W sąsiednim klasztorze, gdzie pochowano wnętrzności Anny Habsburżanki, klaryski oferują ciasteczka pieczone na smalcu (po raz drugi powracam do zeszytu przepisów babci M.)
W przeciwieństwie do innych tutejszych miast, najbardziej honorowany jest nie konkwistador – miła odmiana – a malarz, Luis de Morales, dokładniej Boski Morales, nieśmiertelny malarz, syn tego miasta, który rozkwitł w XVI wieku (przepisuję z tablicy z nazwą ulicy).

Muzeum Archeologiczne w Badajoz
Tutejsi wojownicy spoczywali pod kamiennymi płytami z portretami, wyżłobionymi z linii jak rysunki dzieci. Wyróżniały ich tylko tarcze, słoneczne koła, nieskończone spirale.
W długiej kolejce sal są gdzieś na początku, po nich jeszcze Grecy, Rzymianie, Wizygoci, Arabowie: wielość linii życia.
Historię w muzeum dzielono na pre-, proto- i właściwą, w której kiedyś będą gabloty poświęcone nam. (Choć pamiętaj: starożytni nie wiedzieli, że są starożytni).

MUBA, Muzeum Sztuk Pięknych
Na początku był Adelardo Covarsi Yustas, założyciel, profesor i dyrektor, malarz tak siermiężnego realizmu, że nawet kossaki wydają się przy nim pełne lekkości.
Kolekcja sztuki estremadurskiej jest całościowa: gromadzi zarówno dzieła niezwykle piękne, jak i obrazy poślednie.
Mamy więc: Guillermo Silveirę i jego unikalny styl migdałowych oczu i miękkich linii; Juana Barjolę, miejscowego kubistę; Timoteo Pereza, malarza pastelowych kobiet i takichże krajobrazów; Godofreda Ortegę, wiejskiego poetę; Ángela Duarte ze swoimi abstrakcjami; wreszcie Eugenia Hermoso, malarza osobnego, przed którego płótnami od razu pomyślałem o Grupie Pięciu.
Spośród jego dzieł, największe wrażenie robi zbiorowy portret lekarzy kliniki doktora Jiméneza-Diaza, obradujących w konsylium nad ciałem półnagiej kobiety. Tylko jej otwarte oczy usiłują nas przekonać, że to nie nowa lekcja anatomii doktora Tulpa.
MUBA posiada również imponującą kolekcję owoców i kwiatów Felipe Checa, który, gdy wychodził poza miniatury, stawał się nieznośny; cenionego widać tutaj Antonio Jueza, który w latach trzydziestych odkrył New Age (łącząc motywy chrześcijańskie, orientalne i hinduskie w coś niewyobrażalnego) oraz – w oddzielnym budynku obok sztuki z Nowej Hiszpanii – wspaniałą Pietę Boskiego Moralesa.

Mérida
Wieki przed pomysłem silver economy, cesarz (jak się później okazało bardziej boski niż Morales), postanowił dla swoich weteranów założyć miasto przy – nomen omen – Srebrnej Drodze, które nazwano Augusta Emerita. Zamieszkiwać je mieli emeryci z dwóch legionów. Cztery akwedukty, świątynia Diany, zgodnie z najnowszymi trendami – na południowym skraju: centrum kultury – teatr i amfiteatr w jednym kompleksie. Urbanistyka taka, że do dziś wygląda na szczęśliwe.
Znowu żar. Portier Alkazaby przeciera oczy ze zdumienia, gdy wchodzą, krążą, robią zdjęcia, dotykają kamieni. Wewnątrz jest cysterna i panuje w niej chłód, i błyszczą ryby.
Kiedy pytają w kasach z jakiej prowincji jesteśmy (obcokrajowcy są tu rzadkością), chciałbym odpowiadać, że z extra limitem.
Place są tu gwarne i żywe, uliczki polewają przechodniów wodą. Wieczorami wszystko się zapełnia. Kiedy idziemy spać, nie zasypia.
Siedzą w restauracji ku czci czarnych świń, tych co zimą się pasą w żołędziowych sadach. Kiedy przynoszą mu babciną (tak było w menu) potrawkę z ogonków, A. i Dziecko odwracają oczy. Nie zamówi więc ucha z cytryną. Błogosławione czarnulki – świeci nad nimi neon.
Szczęście Méridy: w nocnej lodziarni zakochani, może piętnastoletni. Ona śniada ma piękne błękitne oczy, on nią otulony. Pięć euro podają za dwa smaki.

Narodowe Muzeum Sztuki Rzymskiej
Jak potężna bazylika.
Przy rzymskiej drodze dzieci z „lata w mieście” wyciągają swoje drugie śniadanie.
Tamci pozostali w kamiennych portretach, ułożeni z drobinek mozaiki.
A nieskończoność to mitrajski bóg, którego ciało owinięto wężem.

Epitafium trzynastoletniej Lampas
Rozbierasz się jak do snu. Lub jakbyś wyszła z fali.
Twoje gesty nieśmiałe, jeszcze nic o ciele nie wie twoje ciało.
A palce, które pachną gałązkami mitru, pełne są zdziwienia.
Taką kazał cię pozostawić w kamieniu zatroskany ojciec.
A ja, który cię odwiedzam, osiemnaście wieków, płaczę.
Rozbierasz się jak do snu. Nie obudzisz się nigdy.

Mérida
W ogrodzie muzeum Wizygotów (stary kościół, który gromadzi reliefy z winoroślami i monogramami chi-rho, owi barbarzyńcy byli bowiem chrześcijanami) żyją koty. Notuję z uwagi na rym.
Urząd wojewódzki jest tu uniesiony, żeby móc oglądać ruiny pod spodem.
Pośród grobowców, wyniosłe cyprysy. Nieliczni turyści docierają tutaj. Upał się wzmaga. Szukasz raczej cienia niż cieni.
droga
Miasteczko mijane na monotonnym płaskowyżu. Widać w nim jasny plan i państwowotwórczą nazwę: Hernán Cortés.
Tym sposobem dowiaduję się o Narodowym Instytucie Kolonizacji (Instituto Nacional de Colonización) i ambitnym planie caudillo, aby budować nowe jasne osady, pozbawione lewackiej zarazy z cnotliwymi niewiastami i pracowitymi mężczyznami. Ku chwale.
Architektura jest – jak wiecie – ulubionym hobby dyktatorów.
