
Chester Himes, Draka w Harlemie, tłum. Antoni Górny, Karakter 2026
Zdaje się, że Mitchell w swoich reportażach, które męczę trzeci miesiąc, chciał pisać o tym samym – o podszewce Nowego Jorku. Nie miał języka, inaczej: miał za dużo języka.
Chester Himes opowiada właściwie jedną harlemską noc, ale jak opowiada! „Draka w Harlemie” jest powieścią noir do tego stopnia, że wyobrażasz ją sobie jako czarno-białą z połyskiem.
Jej bohaterowie – na czele z prostaczkiem Jacksonem – są wyraziści. Cała galeria osobowości w depresyjnym mieście, o którego istnieniu nie mieli pojęcia Biali przechadzający się po Piątej Alei, daleko na południu wyspy.
Akcja wciąga, niektóre sceny i zwroty akcji są fenomenalne, a pościg za karawanem przez harlemskie targowisko ukazany jest jak w komedii Jacquesa Tati.
Tłem dla tego wszystkiego jest segregacja rasowa, niewidoczna granica dzieląca nowojorczyków i zamykająca ich w swoich gettach.
Himes posiada język, cacuszko, nie język. Przepisuję ze s. 153, dodając wersyfikację. Usłyszcie coś wspaniałego:
Drżeli Czarni śpiący w zawszonych łóżkach.
Drżały starcze kości i obolałe mięśnie, i gruźlicze płuca, i niespokojne płody niezamężnych panien.
Drżał gips osypujący się ze stropów, drżała zaprawa między cegłami w ścianach kamienic.
Drżały szczury między murami i karaluchy pełzające po zlewach i resztkach jedzenia.
Drżały uśpione muchy, hibernujące pod framugami okien w kłębach jak pszczoły.
Drżały spasione, pełne krwi pluskwy, sunące po czarnej skórze.
Drżały pchły, drzały tak, że aż skakały.
Drżały śpiące psy w swoich legowiskach, śpiące koty, drżały zapchane klozety, tak bardzo, że aż się odtykały.
