dziennik 57/26

Glen Hansard (1970-2026) i Marketa Irglova w kadrze z filmu „Once”, 2007, źródło: seattletimes.com

Once

Byliśmy jeszcze wtedy tymczasowi. Może inaczej tymczasowi niż teraz. Chodziliśmy do kina, pracowaliśmy na jednej ulicy i wracaliśmy do domu tramwajem.

To wtedy ta historia i ta muzyka. Epoki życia mają swoją muzykę. Falling slowly, wydawało się, że jest dużo czasu. Nawet nie mieliśmy samochodu.

W tym filmie, kręconym jak dokument, obejrzanym wiosną osiemnaście lat temu, piękna była ta niemogąca się wydarzyć miłość. Ona i on, Marketa i Glen. Opowieść wyniosła się poza ekran, co tylko dodawało jej uroku.

Mieliśmy jeszcze trochę do trzydziestki. Bohater „Once” był nieco ponad. Tych piosenek nie słuchałem dobrych piętnaście lat. Zostały tam, gdzie oni, tam, gdzie my.

Dopiero teraz po przeczytaniu hedlajnu, przypominam sobie jakie były ważne.

Zapisałem wtedy, bardzo mądrze, co nie było takie częste:

Once. Kiedyś. Moment w przeszłości.

Właśnie.

Dodaj komentarz