
Małgorzata Kośla, Mokre wilgotne, Cyranka 2026
Gdyby tak jak dawniej, za Peerelu, czytano i dyskutowano nad książkami, zapewne uznano by „Mokre wilgotne” za skandal. Może nawet prymas przemówiłby na Jasnej Górze.
W tamtych czasach Iwaszkiewicz i Andrzejewski toczyli korespondencyjny spór o to, który z nich pierwszy w literaturze pięknej użył słowa k..wa. Ale to był męski świat, zupełnie inny niż ten tutaj.
Małgorzata Kośla do literatury pięknej wprowadza ci.kę (cenzuruję, żeby pan Mark nie musiał). Opowiada rzeczy, których się nie opowiadało.
Od pierwszych fragmentów publikowanych na stronie Biura Literackiego, wiedziałem, że ten ekspresjonistyczny tekst, na jednym wydechu, to coś odkrywczego, cielesnego i ponadcielesnego zarazem.
Tematem jest śmierć. Orgazm jako mała śmierć (la petite mort) obok dużej śmierci. Wszystko ciało, wszystko w języku.
Dlatego ta książka jest tak odważna. Pisana własnym głosem na pohybel obleśnym mężczyznom, ale też na pohybel zazdrosnym o cudzą (a może własną minioną) młodość kobietom:
Słyszą, że jesteśmy zadowolone, słyszą nasze usta w kolorze bielizny, jędrne skóry i młode skóry, przygryzane wargi, przewracane oczy od brudnych myśli (s. 163).
Żar.
