
Łukasz Barys, Gdzie sypiają dzikie konie, WAB 2026
Jak w dramacie: jedność czasu, miejsca i akcji. O ile dla Nazima, bohatera Aleksandry Tarnowskiej, klęska była możliwością, o tyle bohaterowie najnowszej książki Łukasza Barysa rozkoszują się klęską, taplają się w niej. Klęska jest dziedziczona przez wszystkich, nie da się od niej uwolnić (nikt też za bardzo tego nie chce), zrestą wszystko usprawiedliwia.
Pięć monologów. Nieprzekonujących. Faceci (młodsi) są antypatyczni i rozmemłani, kobiety – rozedrgane do granic, Stanisław, osiemdziesięciolatek – nienaturalny.
Osią akcji, jeśli dobrze się zastanowić, jest to, że ktoś kiedyś komuś złamał nos. Zdarzenie to urasta do rangi mordu założycielskiego, przez całą fabułę jego echo będzie powracało jako uzasadnienie działań bohaterów.
Nieprzypadkowo wspominany jest tutaj koreański „Parasite”, film o resentymencie biednych wobec bogatych. Bohaterowie Barysa nie dokonają rewolucji, będą tkwić w użalaniu się nad sobą: jestem ze wsi, tamci jeżdżą lexusami, ona lata na city breaki, wysyłałem CV bez skutku, jestem przeciętna i tandetna. W pewnym momencie cierpimy na przesyt klęski.
Mój największy problem z „Gdzie sypiają dzikie konie” polega na tym, że nie potrafię polubić żadnej bohaterki czy żadnego bohatera. Nie zbliżam się do nich. Najwięcej wyrozumiałości mam dla Karo i Neli, może to z powodu otaczającej je truskawkowej mgiełki, ale nadal są mi obce. Tej obcości nie pozbywam się do ostatniej strony.
