
Dzisiaj w Betlejem wesoła nowina, tysiąc bombowców i atomowców leci na Putina, Putin ze strachu rzyga na dachu (zasłyszane w klasie IV)
Jeśli się dobrze zastanowić, po upadku systemu na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, tylko narody jednego państwa postanowiły wyjaśnić do końca historyczne zaszłości i winy. W imię tych wyjasnień potomkom ustaszy i czetników udało się dość wiernie odtworzyć historię, łączne z obozami koncentracyjnymi, snajperami celującymi w ludzi idących po chleb, dołami śmierci i paleniem sąsiednich wsi.
Tak, to było rozliczenie przeszłości. Po kilku latach poorana kulami była Jugosławia mogła już zapomnieć o drugiej wojnie i zająć się dużo świeższymi ranami.
Jakiś dziwny rozsądek podpowiedział wówczas polskim politykom głównego nurtu z obu stron barykady, aby nie rozpętywać szaleństwa wzajemnych oskarżeń. Dzisiaj może się to wydawać błędem, ale chroniło nas przed upiorami przeszłości.
Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie obserwowałem prawicowy dyskurs. Pisałem o tym w maju dwudziestego drugiego: Największym dowodem wdzięczności byłoby gdyby Ukraińcy stali się Polakami (jak wiadomo jest to ostateczne stadium rozwoju cywilizacji). Przypomnijcie sobie rwanie szat nad przyimkiem.
Ukraińcy wybrali inną drogę. Nie pozostali tymi wymagającymi troski ofiarami, którzy zawsze w uniżeniu będą dziękować starszej siostrze (matce?), nie złożyli wniosku o Unię Lubelską (takie propozycje pojawiały się całkiem serio w kwietniu dwudziestego drugiego). Więcej: stali się na tyle silni, że podpalają rafinerie w Moskwie i prowadzą własną politykę historyczną, pech w tym, że czcząc watażków, których część jest wątpliwa.
(Ta sama skłonność u wszystkich narodów w tej okolicy: czynienie narodowych bohaterów ze zbrodniarzy i typów spod ciemnej gwiazdy. Przed tym ustrzegliśmy się w momencie przełomu).
Dopiero pięściarz na fotelu prezydenta poprowadził godnościową krucjatę. Gramy teraz w żale, urazy i honor. Niech znają swoje miejsce – znowu możemy mówić na i fantazjować o wielkości Kresów. Podpalić do końca wszystko, co nam się udało od tamtego lutowego ranka.
(Koniec końców prawdziwa prawica zawsze ma dom w Moskwie).
