dziennik podróżny 19/24

Czwarta podróż do granic Starego Świata (odc. 1)

Malaga, listopad 2024 r.

[Pierwsza w 2016: tutaj; druga w 2018: tutaj; trzecia w 2019: tutaj i tutaj]

Podróżowanie w czasach katastrofy

Należy mieć w zanadrzu mapę i telefon ustawiony na alerty ercebe. One potrafią budzić w nocy jak wtedy w małej francuskiej wiosce, kiedy wyło o trzeciej z powodu Niżu Genueńskiego.

Lato. Ogromna kula słońca pali lasy i zabiera wodę. Jesień. Powodzie zalewają białe i brązowe miasta. Uciekaj, uciekaj. W czasach katastrofy należy ze spokojem przyjmować jej ryzyko.

(By błoto nie zabrało wspomnień – akcja ratowania fotografii na uniwersytecie w Walencji).

Kiedy rankiem w Grenadzie nakładamy na talerze ciepłą tortillę w hotelu pod wezwaniem św. Agnieszki, wydarza się kolejna. Wybory wygrywa Trump. Tym razem jesteśmy gotowi na apokalipsę i nic sobie z niej nie robimy.

Dolać ci może soku z pomarańczy?

Po śladach

Tamta pierwsza podróż wydarzyła się po owym cudownym lecie, które się stało. Oczekiwaliśmy jej, odliczając kolejne miesiące. Z podmiejskiego lotniska od razu pojechaliśmy nad morze z naszym Siedmiomiesięcznym.

Tak więc Andaluzja zawsze jest po śladach. Ów hotel Santa Inez ten sam, co wtedy. Bajando, subiendo – wtedy i teraz powtarzała winda, Dziecko się cieszyło. Albo ten park w Kadyksie, gdzie świeże włoski zbombardowaliśmy czekoladą z francuskiej bomby (należy kupić ją w cukierni naprzeciw katedry).

Dziecko wyrosło a podróże stały się mniej cudowne. Nawet opisywanie przychodzi z trudem. Nasz język jest obrazkowy, wyławiamy fragmenty. Nie jestem pisarzem w podróży.

Malaga, listopad 2024 r.

Malaga

Najdoskonalszy był ten płatek ziemniaczanego ciasta, na którym kucharz ułożył delikatne wstążki czerwonego tuńczyka. Przyszliśmy wcześnie, jeszcze przed południowym tłumem, w porze odpowiedniej na pierwszy zachwyt.

Trudno było się połapać w uliczkach Malagi: niby starodawne, ale tu i ówdzie szpeciła je betonowa plomba w rodzaju parkingu, na którym pracownik odbierał od ciebie samochód (a ty ochoczo oddawałeś mu kluczyki) i wjeżdżał w wąskie ciemne gardła. Dopiero na drugi dzień, mapa Malagi zaczęła się nam układać w całość. Siedzieliśmy w starbuniu nad placem Konstytucji, pijąc ostatnie dyniowe latte, i patrzyliśmy na ani piękną, ani brzydką Malagę.

Rankami miasto opanowywali biegacze i turyści. Ci pierwsi giętcy, w ciągłym ruchu, zatrzymywali się tylko na światłach. Ci drudzy formowali fantastyczne kolejki, wyszukiwali na murach tabliczek z Picassem (w rodzaju: tu został ochrzczony) a potem niespokojnie przeglądali przewodniki, oczekując na przybycie kelnera.

Też chętnie opowiedziałbym o muzeach, które zwiedzamy, ale może lepiej jest zachowywać dyskrecję. Kiedy wyszliśmy z Thyssen (bezwstydna wystawa o nagości na ostatnim piętrze), zachwyciły nas serniczki w bocznej uliczce. Pakowali je w małe pudełeczka a my biegiem – przez plac Konstytucji i zakamarki – wróciliśmy do naszego hotelu, aby się nimi delektować.

Stare miasto od portu oddzielał wąski park zamieszkały przez narkomanów i aleksandretty. Wznosiły się w nim palmy różnych rodzajów i gatunków, rosły zagajniki bananowców i gdzieniegdzie potężna sylweta fikusa. Dalej na nabrzeżu wyrastał kolorowy sześcian, bryła miejscowego Centrum Pompidou.

Malaga, listopad 2024 r.

Pośród różnych ekspozycji, ta wiejska najbardziej mnie zaintrygowała. Czegóż tam nie było: sesja z kozami w roli modelek, nagrania języka, którym posługują się iberyjscy pasterze, pidżinu ludzko-zwierzęcego, wreszcie historia Marii Rosy Palacios. Odtworzona przez prawnuczkę sześćsetkilometrowa podróż nastolatki przez Ekwador w poszukiwaniu pracy.

Pracujemy nad tym samym: ocalaniem osób już dawno wymazanych z pamięci. Połyskliwych chrabąszczy.

1 Comment

Dodaj komentarz