dziennik podróżny 1/23

Oczekiwania

Osobliwa ta łódź (…) przypomina bardziej jeszcze samą śmierć, mary, posępny obrzęd i ostatnią, milczącą podróż (s. 22) – czytam w samolocie nieznośny przekład Staffa. Dziewczynka obok okna wypatruje w ciemnej lagunie delfinów. Czy na pewno będą tam delfiny? – dopytuje mamy.

Rozczarowanie

Wydawała się wówczas oczekiwać na koniec: ostateczne zapadnięcie się krzywych wież i zgrzybiałych murów – miała podzielić los Atlantydy. Lecz w ciepły marcowy wieczór wybrzmiewa radością. Ci pod świętym Pantaleonem, usiedli przy fasadzie, zapalili świeczkę i dzielą się winem, wyglądając na szczerze szczęśliwych.

Być może przybyliśmy z kraju tak melancholijnego, że nigdzie indziej nie znajdziemy smutku.

Mapa laguny

Spoglądając na mapę, odnajdujemy na niej: Wyspę – więzienie, Wyspę – kwarantannę, Wyspę – zbiorową mogiłę zadżumionych, Wyspę – klasztor (dzisiaj luksusowy hotel). Dopiero teraz pojmuję jak bardzo podobna jest do Nowego Jorku. East River to przecież nic innego jak Canale Grande.

Pewnie dlatego nowojorczycy bezwiednie zakochują się w Wenecji, a potem przyjeżdżają do niej, aby umrzeć.

Plac świętej Małgorzaty

Poznawać język i imiona mew. Jak się umawiają z dachów kamienic, skradają ostrożnie za plecami głośnych sprzedawców ryb, znienacka spadają z nieba.

One porywają pizze – ostrzegają przechodnie, ale już po fakcie. One porywają dusze – dopowiadam szeptem.

W lustrze

Wcale nie chodzi o to, żeby patrzeć w sufit. Lustra, które otrzymujesz w scuola świętego Rocha służą pielęgnowaniu samotności. Wszyscy zaglądają do nich, szukając nie Tintoretta, ale własnej twarzy. Stąd tak wielkim nietaktem jest, gdy w twoim lustrze, ktoś chce dojrzeć siebie.

(Uważałem kiedyś, że scuola jest najpiękniejszym miejscem w całej Wenecji. Nic mi z tego poczucia nie pozostało.)

Piersi Lee Miller

Wierzono jeszcze wówczas, to były zresztą ostatnie lata tej wiary, we wszechobecny eter a ona też była eteryczna: nastoletnia, na zdjęciach, które robił ojciec. Od pierwszego wejrzenia nie da się jej zapomnieć. A teraz w moje urodziny zupełnie przypadkiem trafiam na nią w Wenecji.

Lee Miller, której nagie piersi algorytm oznaczył czerwoną naklejką: nie wolno.

Wanna Adolfa Hitlera

Każda wystawa o wojnie powinna kończyć się tym zdjęciem. Reporterka wojenna, Lee Miller, szoruje myjką plecy w wannie Adolfa Hitlera. Właściciel już nie żyje, ale w kącie wciąż stoi jego zdjęcie: widać leżąc w pianie lubił fantazjować o sobie samym. O wiwatującym tłumie i wygranych wojnach.

Dopiero zajęta przez kogoś innego własna wanna świadczy, że to ostateczny koniec.

Porywacze ciał

Specjalizowali się w wykradaniu ciał świętych swą potężna flotą. Tak zapełnili bazyliki i kościoły, a więc Jan Jałmużnik, Marek zamieniony w Lwa, Atanazy w litanii przed Marcinem, wreszcie Zachariasz, nie licząc rozmaitych pomniejszych męczenników i wyznawców.

Dlatego możemy nazywać ich dzisiaj hagionautami.

W księgarni

W tej księgarni, o której piszą we wszystkich przewodnikach, nie szanują książek, stwierdza A. Nikt ich nie dotyka, nie gładzi ani nie przegląda. Kolejka z aparatami sunie i zagina rogi. Pachnie kocimi sikami i listopadem:

wilgotnym papierem, który nie ocaleje.

W kościołach

Dożowie śpią zawieszeni wysoko na murach. Śpią pod sklepieniem na koniach. Żadna wysoka fala nie zakłóci im spokoju. Pomniejsi urzędnicy Najjaśniejszej mają za to pecha. Na campo świętych Jana i Pawła, jeden z sarkofagów służy chłopcom za poprzeczkę bramki. Piękna akcja, ale niestety odbija się od białej trumny, przelatując tuż obok dziewczynki, która robi gwiazdę.

Stopa świętej Katarzyny

W bazylice słońce akurat podświetla maleńką szklaną ampułkę. Coś w niej skórzanego, jak niemowlęcy bucik. Pięć wysuszonych palców. Samotna ta stópka oddzielona od reszty

jak zguba Kopciuszka.

Niezapamiętane

Carpaccio. Wystawa, której nie można zapisać inaczej niż tylko w pamięci. Z niej pozostają nam szczygły i mordka chihuahuy

(wracam jeszcze kupić z nią magnesik, jedyny łącznik widzianego z zapamiętanym).

W bazylice

Dziecko oniemiało przed złotym ołtarzem. Oblicza rodzaj i liczbę klejnotów. Wzorem wenecjan już planuje rabunek. Będzie opowiadać o tym potem w szkole: jak podpłynie podwodną gondolą i wykradnie rubiny.

Wszystko wokół świętego Marka jest Wenecją turystów, hałaśliwą i nie do zniesienia. Przeciwstawiają się temu smukłe kolumny w prezbiterium, patrzą na nas marmurowymi oczyma, bije z nich chłodny spokój.

Fale

Przypływ jest co sześć godzin, powtarzają gondolierzy i podsłuchiwani przewodnicy wycieczek. Co sześć godzin, wpatrujemy się w schody naszego pałacu, które schodzą w kanał. Nic się nie zdarza. Mija sześć godzin.

Ryby zaczynają śpiewać akwaaltem.

W barze

Jest we mgle rano, rozmazany widok. Siedzimy na wybrzeżu w barze, skąd widać Marka i Jerzego, i Marię (wszystko zaparowane) a na nas wpada słońce i kelner przynosi bejbi ośmiornice na maleńkich cicchetti.

Zdaje się, że to zenit życia.

Genealogia

Drzewo zaczyna się od doży. To za jego kadencji ród obrasta w bogactwa i tytuły. Dla kardynałów z rodziny urząd nie jest przeszkodą, aby mieć gromadkę dzieci. Najwspanialszy jest jednak pałac o sklepieniach malowanych w ptaki. Rodzina posiada tam sekretny pokój, olśniewający gabinet rzeźby, salę na czysty zachwyt.

(Tego roku odkrywam, że wyrzeźbione a nie namalowane liczy się naprawdę).

Bez słowa

Moneta z obrysem kontynentu z jego marzeń wpada do ciepłej czapki. On ocalony w kraju, w którym na śmierć zostawia się w morzu. Ja z kraju, w którym na śmierć zostawia się w lesie.

Zdarzenie odbywa się bez zbędnych słów i dźwięków. O co mógłby mnie zapytać: jak można być szczęśliwym w Wenecji?

Belle epoque

Wieczny ruch na ulicy od dworca. Pełno na niej hoteli o przygaszonych neonach: Belle Epoque, Nazionale, Moderno, Spagna. Ciągnie nieświeży zaduch. Za mosiężnymi klamkami zamieszkują bladzi recepcjoniści, wymizerowani i kaszlący w chusteczki.

Mylą mi się literackie opisy. Cholera czy gruźlica?

Sztuki piękne

Chcę oglądać ukrzyżowania – mówi Dziecko. Nie interesuje się wcale muzykującymi aniołami przy żłobku albo całymi czerwonymi wokół wniebowzięcia. Tylko jeśli noszą arma crucis, tylko te się liczą.

Tylko skrawki zapamiętuję: błyskawicę z „Burzy”, jakieś jasne miasto w tle świętych, rysy czyjejś twarzy, osiemnastowieczną dziewczynkę w białej sukience. Psa, co na ostatniej wieczerzy, powarkuje na kota.

W ogrodzie

Miasto jest psie. Jak mogłoby być inne skoro w samym jego sercu nad kanałem znajduje się ogród będący psim relikwiarzem. Spoczywają w nim ukochane dzieciaczki:

Cappucino, Pegeen, Peacock, Toro, Foglia, Madam Butterfly, Baby, Emily, White Angel, Sir Hebert, Sable, Gypsy, Hong Kong, Cellida – i ich mama Peggy.

W labiryncie

Pani przewodniczka nie do końca wierzy, więc bez przekonania pokazuje nam jak w symbole przycięto krzewy. BORGES, BORGES – takie było życzenie wdowy. Egzaltowane jak i jego proza. Tyle znaczeń, a widzisz jedynie krzaki,

biegnące w nich Dziecko, goniącą nas starszą Niemkę ze sceptycznym mężem (specjalna aplikacja pozwala podczas zwiedzania labiryntu słuchać specjalnie skomponowanej muzyki, żeby – jak chciała wspomniana wdowa – kontemplować Borgesa. W to pani przewodniczka także nie wierzy).

Plac świętej Małgorzaty po raz drugi

Popołudniu na placu otwierają drzwi i wynoszą stoliki. Dziwne, bo sobota. Zanim zmieni się na gorsze pogoda, jeszcze ostatni raz słońce. Policjanci za tarczami też chcieliby kawy. Dopiero z gazety – nad miastem krąży helikopter – można się dowiedzieć, że ich przedpołudniowa bitwa z anarchistami na placu świętej Małgorzaty była wygrana.

W lesie

Pierwsze kawiarnie otwierają się już o piątej. Naprzeciwko tłumu z lądu, który wysiadł z autobusów i tramwajów na poranną zmianę.

O tej porze Wenecja jest lasem: cała w ptasim śpiewie.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s