dziennik podróżny 1/22

Zabiegi magiczne

Po to my tu. Po dwóch latach. Wtedy pierwsze kaszlnięcia, unikanie Chińczyków w tramwajach. Wszystko zaczęło się od Mediolanu w styczniu dwudziestego. A więc wracamy, spinamy klamrą dwa lata zarazy. Będziemy egzorcyzmować te same miejsca: hotel, restauracje, muzea. Autobus z lotniska mija drogowskaz w kierunku Szpital Jana XXIII, Bergamo.

Corso Sempione

Jest jak Luiza.
Nieustające prosperity miasta najlepiej odkrywa się zaglądając w klatki schodowe. Że też nie wydał nikt przewodnika zbierającego najdroższe żyrandole, najpiękniejsze mozaiki i reliefy, najlepiej ubranych konsjerżów, najelegantsze zdobienia drzwi wind. Mógłbym zapomnieć o Zasze Hadid albo o gotyckich mistrzach od igliczek, i wciąż przyglądać się szczęśliwym śladom życia burżuazji.

Ja

Mimo, że nie ma mnie na zdjęciach, uwierzcie jestem na nich bardziej. Jestem okiem, które patrzy i łapie sekundy, żeby je zamknąć. Jestem serią ujęć, w każdym widoku odnajduję lustro. Wyborem dzieł sztuki, kolekcją fragmentów miasta. Nie-istniejący fotograf.

Sztuka (Mondrian)

Z płaskich niderlandzkich krajobrazów linie poziome. Z wiatraków, samotnych drzew i kościelnych wież linie pionowe. Jesteśmy zdeterminowani – sugerują kuratorzy – przez geometrię.

Natrafiłem kiedyś na obraz, który przedstawiał wieś i drzewa, i ze zdumieniem odczytałem autora, Pieta Mondriana. Zdumiony, że przed kwadratami było coś innego. Trochę zresztą jak pola ziemniaczane u Van Gogha zanim rozbłysł południowym światłem.

Tramwaje

Mówicie po hiszpańsku – pyta nas latynoamerykański sprzedawca neapolitańskiej pizzy z widokiem na tramwajową mijankę. One stękają – nasłuchuje tramwajów A. – jak pompy, chorym na covid tłoczące powietrze.

Sztuka (Realizm magiczny)

(Kolejka do muzeum mija młodą parę. Unosi się konfetti)

Hania w liście do Jarosława potępia ujawnianie najintymniejszych przeżyć związanych ze sztuką (s. 104). Nie będę więc rozpisywał się o Casoratim i o wrażeniu, jakie robią portrety jego autorstwa. Zresztą cała wystawa o „Realizmie magicznym” jest rewersem do Mondriana. Odrzucając awangardę i ekspresjonizm, malarze, których dzieła zgromadzone zostały w Palazzo Reale, nawoływali do powrotu do rzeczy, do sztuki figuratywnej opartej na harmonii świata. W gruncie rzeczy wezwanie to ma głębokie konsekwencje nie tylko estetyczne. Ekspresjonizm był sztuką przeczucia nadchodzącej katastrofy, awangarda czy futuryzm były sztuką „po katastrofie”. Realizm magiczny usiłuje przekonać, że sztuka taka jak dawniej jest możliwa także po Isonzo. Czy nie jest to jednak piękne mydlenie oczu? Być może po części dlatego twórcy Novecento tak łatwo wpadali w sieci faszyzmu, w gruncie rzeczy też oferującego powrót do lepszych czasów.

Nie zmienia to faktu, że realizm magiczny jest upojny. Dziecko, które wyrosło w międzyczasie na czołowego krytyka (nomen omen) sztuki, uznało, że podoba mu się aż sześćdziesiąt sześć obrazów.

Jest wiele powodów, by obraz „Po orgii” Cagnaccio di San Pietro móc uznać za bulwersujący. Cenzorskie oko funkcjonariusza od moralności mogłoby się uczepić od razu nagości. Jednak nie o to chodziło. Obraz di San Pietro czujnie zdjęto z wystawy, gdy tylko okazało się, że na spince mankietu porzuconego przez jednego z mężczyzn uprawiających owej nocy miłość i hazard, można dopatrzeć się fasci. Wierzcie: nachylałem się sięgając prawie o alarm – detali spinki nie dojrzałem, marny ze mnie urzędnik. „Po orgii” szybko uznano za dzieło zdegenerowane a jest to ulubione określenie wszystkich funkcjonariuszy od sztuki mniejszych i większych reżimów. Jak można było sugerować – zdaje się nam mówić tamten anonimowy funkcjonariusz – że członek partii, która walczy o Wielkie Włochy, mógł prowadzić się niemoralnie.

Próbowałem sobie wyobrazić złotą spinkę do mankietu z orłem albo partyjnym logotypem. Jak wynoszą je z „Zachęty” w pośpiechu, jak ukrywają w magazynie w narodowym. Wcale nie było mi do śmiechu.

Zabiegi magiczne (2)

Flamingi w ogrodzie były. Turyści w ogrodzenie wsuwali obiektywy. Jakieś gołębie zasłaniały widok. Całe miasto z dziećmi jechało do parku, gdzie za ostatnie trzy euro (żyjemy w końcu w epoce bezdotykowej) można się było ścigać samochodami na tafli. W restauracji, tej samej, co wtedy, zajęliśmy miejsce przy samym grobowcu. Przez długie miesiące studiowałem ich menu, wyłącznie na wynos (ulubione restauracje dawały nam wtedy poczucie, że świat jeszcze powróci, że się wciąż nie skończył, choć opustoszał).

Słońce padało na płatki karczocha.

Sztuka (Sironi)

Opowieść o Mario Sironi (bardzo mnie rozczarował – zgodnie powiedzieli A. i Dziecko) jest opowieścią o pieszczochach władzy, suplementem do porannej wystawy magicznych realistów. On też z nich, specjalizował się w miejskich krajobrazach, zanim odkrył przyjemność tworzenia klasycznych głów ku czci duce i sam stał się funkcjonariuszem od sztuki, redaktorem i odbiorcą rządowych zamówień.

Nagle urwały się w czterdziestym trzecim. W czterdziestym piątym, ktoś kto pamiętał go jeszcze z dawnych, dobrych czasów, wyciągnął go spod muru dla funkcjonariuszy reżimu. Bella, ciao. Sironi zamknął się w pustelni. Odtąd malował tylko apokalipsę i katastrofy, które nadeszły wraz z upadkiem faszyzmu. Nigdy nie poczuł się tak szczęśliwy jak wtedy, gdy głaskała go dobra ręka duce.

Są trzy strategie radzenia sobie z własną niemiłą przeszłością. Pierwsza: zapomnieć i udawać, że się nie przyłożyło ręki. Nowe życie, nowe laury. Druga: nie zdążyć i umrzeć – Tuwim w pensjonacie. Trzecia: przymilić się szybko do nowej władzy. Sironi wybrał czwartą, dla najwytrwalszych, pozostać wiernym przeszłości. W gruncie rzeczy spełnił tym samym postulat magicznych realistów.

Bez związku przypomniałem sobie: tydzień temu umarł Jarosław Maria Rymkiewicz.

Wnętrze

Wysiedliśmy z tramwaju wcześniej tam, gdzie Mediolan wydawał się gęstszy. Rzeczywiście, jeśli się poskrobało pod asfaltem można się było znaleźć w rzymskim mieście, akurat kościół stał na obrzeżach circus. Greenpassy sprawdzał pan wolontariusz od sztuki, nie mylić z funkcjonariuszem, i wcale się nie spodziewaliśmy, że to dobre przeczucie (łaska?) kazała nam wysiąść właśnie tutaj.

(w tym momencie mojego opisywania wybucha wojna i teraz wszystko, co było przed wojną zostaje przed wojną. Co oznacza, że 13 lutego z perspektywy 24 lutego jest zupełnie innym – przedwojennym – dniem).

Chór. Jutrznia. Słońce pada na łebek dudka. Co zobaczyły siostry?

Ewakuacja. Noe ustala warunki. Zanim nadejdzie woda, zanim nadejdzie ciemność. Ostatni pociąg. Ostatni statek. Trzeba być racjonalnym, więc tylko po dwoje zostaną uratowani. Resztę przykryje śmierć.

Inne wnętrze (Francesco Messina)

W kolejnym miejscu wolontariusze byli w zdecydowanej przewadze. Dziesięcioro przeciw trojgu. Na dodatek te rzeźby były tak złe, że Dziecko aż się rozpłakało.

Gore

Tu doprowadziła ich gwiazda, która na wieży miast krzyża. Passedżiatą niedzielną wędrują przechodnie. Tu się kończy ich podróż, tu pożegnali wielbłądy, niewdzięcznych poganiaczy. W kamiennym domku o małych ślepych okienkach. Zobaczyli wszystko, co można było zobaczyć. Woła, osła, chłopca o ciemnych oczach, narodziny i śmierć nie do odróżnienia.

Tak się kończy Boże Narodzenie, a zaczyna Popielec.

Sztuka (Gnoli)

Szczególnie serio powrót do rzeczy potraktował Domenico Gnoli, nadając artystyczny sznyt przedmiotom na ogół pomijanym w sztuce i poezji, to jest wannom, kanapom, guzikom od bluzek, sukienkom, czółenkom, kołdrom i krawatom. Uczynił z nich bohaterów równych Madonnom, Wenerom i Judytom, a także puttom i martwym rybom z martwych natur. Opisał je precyzyjnie, wręcz geometrycznie, w porządnym zbliżeniu, żeby nie umknęła żadna ryska ani żadne włókno.

Ta stara fabryka, dzisiejsza galeria, mogłaby się zmienić w magazyn darów, takich samych jak na płótnach, tyle, że popakowanych w czarne worki, niebieskie worki, do uratowanych domów, na front. Gnoli, gdyby nie umarł przedwcześnie, mógłby opowiedzieć także o powtórnym życiu rzeczy. Życiu wbrew sobie.

Autobusy

Tutaj kończy się miasto, jakie znamy, autobus na południe jedzie przez przedmieścia. Można znaleźć podobne pod Rzymem albo Neapolem. Napisy świadczą, że toczy się tu ciągła walka pomiędzy biednymi i bogatymi albo też pomiędzy uświadomionymi rasowo zwolennikami Ligi a uratowanymi z wojny właścicielami sklepów spożywczych, gdzie pachnie orientem. Pranie tutaj zastępuje reliefy balkonów i nikt nie strzyże platanów w wyszukane formy. Nie widziano flamingów, za to pełno gołębi. Wróble w krzakach przy przejściu do metra.

Zabiegi magiczne (3)

W ten sam sposób zasiedliśmy do edamame. Ciepłym ręcznikiem umyliśmy dłonie. Udon smakował tak samo jak wtedy, słodkie ciało kurczaka i biała herbata. Wybraliśmy na obiad święto zakochanych, a więc oni tłoczyli się w kolejce. Dokładnie jak wtedy przed zarazą – przed wojną.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s