Dziennik. Nie pisz

Rene Magritte, Portret, 1935, MoMA, źródło: https://www.moma.org/collection/works/79990

Nie pisz o Polsce

Od ostatnich popisów „zjednoczonej” opozycji, bojkotuję (po raz kolejny, ciekawe na jak długo) pisanie o Polsce. Jest święto narodowe i nadciągają chmury ciągłego deszczu, i nawet sobie myślę, że może warto tak płukać ten nadwiślański zakątek.

Rozwijam teorię przypadków w historii Polski: że raz na jakiś czas zdarza się takie okienko (okienko pogodowe) i jak znajdzie się ktoś w miarę rozsądny, kto je umie wykorzystać, wówczas na chwilę nieszczęsna historia ciągłych upadków i zatraceń, odwraca swój bieg. Taki Wałęsa, który umiał posłuchać właściwych doradców i nie zakończyć strajku raz dwa, a potem nie zgodzić się na konfrontację z władzą.

Ogólnie to pasmo nieszczęść i niepowodzeń, bzij zabzij, do tego bełkotanie o wielkości.

Np. prezydent przypomina Ola z mojej klasy. Właściwie dlaczego Olo nie został prezydentem, nie wiem do dzisiaj. Jego ojciec budował stadiony albo sprzedawał mecze, nie pamiętam, on sam prześlizgiwał się, smarował, kiedy trzeba, ale w końcu prezydentem nie został. Nie myli rezurekcji z erekcją i insurekcją, może by nie mylił aż tak: w końcu Olo skończył bardzo dobre liceum.

Nie pisz o miłości

Szaleńczo się całowali pod renesansowymi arkadami Służewca Przemysłowego (kolory jak z Nan Goldin). Ten język był taki mięsisty, właściwie był mięsem, wybornym pieczystym, a on był smakoszem i tak, to była miłość, ten sen. Wszystko przez „Najadę”. Budzę się i od razu przechodzę do przemijalnej nijakości.

Właściwie wygląd nie jest moją mocną stroną, właściwie nie mam mocnych stron. Zbieram sobie głaski do wielkich koszy jak te na wiśnie u Białawskich. A ta cała analiza transakcyjna, z której się śmiejesz, to moja główna życiowa teoria.

Rachunek głasków, analiza swot: gówno wszystko, całe takie gadanie, że też nikt nie potrafi cieszyć się prostu życiem – czytam u Oryszyn.

Nie pisz o sobie

Rusłan, który ma przywieźć smażone krewetki z wietnamskiej, obchodzi dzisiaj pierwszy dzień świąt wielkanocnych. Strasznie mi go żal, bo leje od rana, a on w żółtym przeciwdeszczowym płaszczu na rowerze, spływa do nas z krewetkami zza lidla. Powinienem sam coś ugotować, coś zrobić z życiem, ze świętem.

Książki leżą. Wszystko leży. Ja też. Zrobiłem naleśniki (jedyne, co umiałem zrobić z życiem) i też teraz leżą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s