Raymond Queneau, Zazi w metrze

67618918_2571317336212601_1496682470706249728_n
Kadr z filmu „Zazi w metrze”, reż. Louis Malle, 1960, źródło: facebook.com

Zazi nam ucieka.

Tak jak zachwycające obrazy Balthusa, piosenki wspólnie nagrane przez Charlotte i Serge’a Gainsbourgów, tak i przepiękna powiastka Queneau należy do owej odległej epoki dziś zasłoniętej grubą kotarą jak niegdyś „Początek świata”. Skonfrontowanie okładkowej recenzji ze starego „Przekroju” (na marginesie: nowe piwowskie wydanie jest graficznym cackiem) z treścią konfunduje jeszcze bardziej. Czy Zazi naprawdę ma jedenaście lat? Jestże wyrośniętą Pippi? Ciągle, gdzieś z boku, pojawia się cenzorska lampka. Pozbawiliśmy opowiadanie o dzieciństwie beztroski.

„Zazi w metrze” jest więc reliktem, jasnym odpowiednikiem „Podróży do kresu nocy” (ach, jaki piękny tytuł do kalamburów, prawda?). To miasto, po którym biega Zazi, napotykając galerię przedziwnych osobników, to Paryż końca lat pięćdziesiątych. Gdybyśmy oddalili się na chwilę, co było zresztą marzeniem bohaterki, trafilibyśmy na kawiarnię, w której zezuje Sartre a Simone de Beauvoir czyta najświeższe „L’Humanité”.

Idę z „Zazi” ulicą Wiejską. Świeci słońce. Jestem szczęśliwy: książka w różowej okładce staje się pamiątką tego lata. Może ono już też się staje jakąś minioną epoką?

(tłum. Maryna Ochab)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s