Krystian Nowak, Kebabistan. Rzecz o polskim daniu narodowym

wp-1596132349721.jpg
Elektrownia Powiśle, 2020. W „Kebabistanie” pojawia się ciekawy wątek ewolucji stosunku do niektórych dań. Przykładem jest kuchnia wietnamska, która od pomarańczowych budek i stoisk na stadionie przeszła do hipsterskich lokali z menu wypisanym kredą. Ten stylizowany neon jest być może świadectwem, że w podobną drogę – wątpliwości w tej kwestii pojawiają się w książce – wyrusza kebab

Fantastyczne są te zdjęcia. Cała brzydota jest w nich, te naćkane ścienne tabliczki, te nieskładne dzieła architektury późnych dziewięćdziesiątych i wczesnych zerowych. Aż czuć zza ujęć zapach, aż ślinianki pracują intensywnie.

Poszedłbym na kebaba po tej książce, to znaczy, że przemawia do mnie. Piszą w niej, że jest pyszny, choć nie potrafiłem się do tego przekonać.

Najpierw jest stacja centralna, ta ohydna jeszcze sprzed czasów remontu, ta co kapała i cała była w starym tłuszczu. Kebaby świeciły na okrągło, nigdy nie gasły, były jak bezdomni. Zresztą oba zapachy łączyły się ze sobą – szło się na pociąg do Lublina – i zatykało nos (jeszcze nie było tu eleganckiej nuty sieciowej kawy, jedyna inne wonie to indyjskie kadzidełka i lizol z wucetów, czasem dym ruskiej lokomotywy). I kiedyś przyszły: dwie urzędniczki z awanturą na trzydzieste któreś piętro. Jechały długo z Lubuskiego, żeby tę awanturę zrobić i musiały być głodne, i pomyślały sobie o kebabie na stacji centralnej. I nim dotarły do urzędowego wieżowca, w którym czuwałem nad nieswoim miastem, swoje białe bluzki zalały sosem łagodnym lub ostrym (znać było, że zapierały, ale nie pomogło). Przyszły we dwie i darły się, a ja wysłuchałem pokornie, przełożyłem ich teczkę na sam spód, bo na mnie się nie drze, i wróciłem do czuwania nad Warszawą. Kebaby z Lubuskiego – tak je nazwałem – i już nigdy inaczej na tamtejszych urzędników nie mówiliśmy. Była w tej frazie cała pogarda dla ludzkiej głupoty i dworcowej kuchni.

Wtedy A. dużo jeździła po Polsce, a po powrocie dzieliła się obserwacjami, że wszędzie są kebaby, że nawet najmniejsza miejscowość, to one. Nic innego nie zjesz, ten sam zestaw w miastach powiatowych i wojewódzkich: Cheops, Istanbul, Szeherezada, baśnie z tysiąca i jednej nocy z dodatkiem kapusty. (Zresztą, teraz, szukając czegoś na ząb w Prudniku też odnajduję znajome nazwy i znajomą woń).

Nie przekonywały nas. Może przez stację centralną? Dopiero na berlińskim dworcu Zoo zjedliśmy kebaba w noworoczną noc (choć zapamiętałem w tamtej podróży do Jo. bardziej grzany ajerkoniak) i przestaliśmy patrzeć na niego z pretensją.

Jak twierdzi A. „Kebabistan” to książka o równoległym świecie, o którym nic nie wiemy, troszkę nim gardzimy: tanią gastronomią ociekającą sosem. Ale jak o czymś nie wiesz, wydaje ci się to takie egzotyczne: oboje rzucamy się na książkę.

Oboje teraz myślimy, żeby pójść na kebaba.

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s