
Znowu Czyściec, tym razem dla piszących. Uff, wprawdzie w niego nie wierzę, lecz jednak opublikowałem w życiu – co to było za święto – pięć wierszy w jezuickim czasopiśmie, które rychło upadło. No i dwie książki naukowe o nakładach na tyle niskich, że szybko dałoby się je przejeść. Dzienniki zapewne – cyk – znikną, są w końcu złożone z zer i jedynek. Chociaż słyszałem w głowie głosy, wiem przecież:
Nie da się robić tylu rzeczy naraz. Energii umysłowej wystarcza tylko na jedną. Można się skupić na przesiewaniu mąki, oddzielaniu żółtek od białek, odmierzaniu potrzebnej ilości cukru. Albo na przesiewaniu myśli, oddzielaniu właściwych słów od zbędnych zapychaczy, odmierzaniu potrzebnej ilości nadziei (s. 61).
Wybrałem rzeczy łatwiejsze. Wolałem od poezji przepis na majonez (por. tutaj). Od pewnego czasu śpię z tym dobrze, nie upycham po nocach słów, myślę o rzeczach prostszych. Może pamięć o sobie ukryję nie w słowach, ale w foodpornie?
W książkowym Czyśćcu znalazły się te trzy: Virginia Woolf, Sylvia Plath oraz Ivana Trump (matka, nie córka). Każda trawi (dosłownie) teraz swoje pisarstwo. Ich monologi nieco przypominają wywiady: po co pani pisze? jak pani to robi? O ile Virginia i Sylvia egzaltowanie opowiadają o głosach, potrzebach i zobowiązaniach, brzmiąc jak z wywiadu dla „The New York Review of Books”, Ivana dostosowała się do odbiorców z czasów tłitów jej byłego męża.
Literatura – powiedzmy szczerze – przegrywa nie tylko w Czyśćcu, ale również w życiu.
(tłum. Olga Czernikow)
