Marianne i Leonard. Słowa miłości

I. Cohen i ja

Ilekroć pisać mam o Leonardzie popadam w ton nazbyt uroczysty. Chyba zresztą nic lepszego już nie napiszę ponad wyznanie, które zanotowałem przy okazji lektury jego biografii.

Na początku był magnetofon szpulowy. Cały pasjonujący obrządek podłączania go do głośników, wyciągania podpisanych drobnym pismem taśm z szafki, nawlekania ich, a następnie ten chropawy dźwięk, pisk, kiedy gałką przesuwało się w przeciwną stronę, i ten niedający się zapomnieć głos: It’s four in the morning, the end of December. (…)

Piliśmy z A. herbatę i słuchaliśmy A Thousand Kisses Deep. Była jesień, zima dwa tysiące pierwszego, a potem jeszcze kilka pór roku. My, a w tle Leonard Cohen.

Ten pierwszy, wcześniejszy Cohen, Cohen nastoletniej samotności, jest właściwie ważniejszy od tego ze szczęśliwych czasów. Pada nawet w filmie takie zdanie, że przez swój mrok pozwalał on z mroku wyrwać się innym. Zamykałem się w pokoju, gasiłem światło, zapalałem świeczki i słuchałem:

You were not there before,
When I lay upon a mountain
And my father’s hand was trembling
With the beauty of the word.

Izaak, który opowiada w piosence Cohena – kohena, to on sam, biblijna figura niesienia na sobie cudzych słabości. Słuchało się więc jego piosenek jako piosenek o sobie, nie bacząc nawet na tekst, o czym będzie na końcu, i zapominając, że stoi za nimi prawdziwy człowiek, posiadacz biografii, a Marianne czy Suzanne to nie są poetyckie metafory twoich własnych rozczarowań, ale istniejące naprawdę kobiety.

(Mam osiemnaście (?) lat. Jestem u J., słońce przenika przez nią, gdy ona żarliwie opowiada o „Dress Rehearsal Rag”, pokazując ruch żyletki po nadgarstku. Zawsze będziemy uwielbiać Cohena, ona nawet się z nim spotka, zawsze oddzielnie).

file-20181024-71038-jqgknv
Redmond Willis, Port w Hydrze, 1960, źródło: theconversation.com

II. Utopia

Utopia ma sześćdziesiąt cztery kilometry kwadratowe i nazywa się Hydrą. Po wąskich, stromych uliczkach krążą muły, dość ospałe zwierzęta, o ile nie poda im się lsd. Tutaj się poznają. Pierwsze kadry w filmie Nicka Broomfielda kręcone są z ręki: uśmiechnięta blondynka na łodzi to Marianne, dziecko, które bawi się obok niej to jej synek, Axel, gdzieś zaraz pojawi się czarnowłosy Leonard. Tutaj są szczęśliwi.

W tej kolonii na greckiej wyspie żyje ich pokaźna grupa: pośród tradycyjnej społeczności, zjawiają się Australijczycy, Nowozelandczycy, Kanadyjczycy (jak Leonard) i Skandynawowie (jak Marianne). Piszą, filozofują, pływają, piją wino i zażywają prochy. Wszystko dzieje się w śródziemnomorskim słońcu, zupełnie innym od tego mglistego nad Montrealem. Społeczność wyspy rozumiała kim byli, rozumiała, że chcą pozostać, że chcą, by ich dzieci chodziły do lokalnych szkół, że chcą przeżyć tu resztę życia i tutaj zostać pochowanymi.

Jedna z nich, Australijka Charmian Clift zapisze: to był czas, kiedy nieomal musiałam siebie uszczypnąć, żeby uwierzyć w swoje własne istnienie.

Nie da się wiecznie żyć w Utopii. Przypominasz sobie – oglądając film – prywatne wyspy, na których byliśmy młodzi i szczęśliwi, pewni swoich uczuć i pewni tego, co się stanie. W tle leci A Thousand Kisses Deep. Rozpoznaj siebie na tym starym zdjęciu.

hydra-leonard-cohen-1000-900x500
James Burke, Marianne, Axel i Leonard w porcie na Hydrze, lata 60., źródło: The LIFE Picture Collection

III. Nie da się kochać na wyłączność poetów

Powrót z Hydry jest bolesny. Doświadczają tego wszyscy: oni, my. Życie wygląda zupełnie inaczej, jeśli brakuje w nim wszechobecnego światła, jeśli przestaje być świętem. Coś się rozpada.

Bardzo trudno żyć z poetą, bo on chciałby kochać wszystkich. Ona tego nie potrafi zrozumieć. Rozstaną się, rozejdą, daleko od Hydry.

(Tu film staje się nieco niesprawiedliwy: kamera wędruje za Leonardem, na kilkadziesiąt lat porzucając Marianne).

Już teraz nie są piękni i młodzi. Już kończy się grudzień. On zawsze ją kochał. Ona – nawet pod respiratorem – zawsze pamiętała Utopię.

Ten interwał między narodzinami a śmiercią nazywamy Życiem.

1960
List Leonarda do Marianne, grudzień 1960, Christie’s Nowy Jork, źródło: theguardian.com

IV. Cohen i ja. Koda

Spośród piosenek, ta o hotelu Chelsea jest wyjątkowa. Lubię jej pierwsze akordy. Przez całe lata słuchałem jej, nie wsłuchując się zupełnie we frazeologię. Byliśmy purytanami nawet jeśli chodzi o obce języki. Jeśli nazywają te wersy pornografią, to jest to pornografia najcudowniejsza.

You were talking so brave and so sweet
Giving me head on the unmade bed
While the limousines wait in the street.

 

Lektura dodatkowa

[1] Friday essay: a fresh perspective on Leonard Cohen and the island that inspired him, październik 2018

[2] Tanya Dalziell, Paul Genoni, Australians in Aspic: Picturing Charmian Clift and George Johnston’s Hydra Expatriation.

[3] Jason Solomons, The story of singer and writer Leonard Cohen’s own Love Island

[4] Susan Lever, Dreams of Hydra

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s