Dziennik. Lipiec smutnych ludzi

 

H. zjada hamburgera

Kiedy hamburger był już zimny, zjawiła się H. Baliśmy się, że nie będzie jej smakował, a ona – wyobraźcie sobie – zupełnie nie przejęła się chłodem wołowiny. Więc obok siedziała H. z hamburgerem i niegazowaną, a ja sobie przypomniałem, że kiedyś H. siedziała za biurkiem naprzeciw i to były moje najpiękniejsze urzędowe czasy (nie z powodu tego, co robiłem, bo to było dużo bardziej nieważne niż teraz, ale z powodu właśnie H.)

Srebrenica

w kolejne dni lipca przypadają kolejne rocznice (o niektórych z nich w naszym heroicznym kraju się już nie wspomina) będące świadectwem tego, że ludzie (bez względu na swoją narodowość czy wyznawaną religię) potrafią być nieludzcy dla innych ludzi (bez względu na ich narodowość czy wyznawaną religię). Przy czym bycie katem albo ofiarą bywa kwestią jakiegoś okrutnego przypadku (czy można mówić o Opatrzności?), który umieszcza nas w niespodziewanych rolach: wywożą nas ciężarówką albo idziemy podpalać zapełnioną sąsiadami stodołę.

Najczęściej jednak bywamy obsadzani w roli, o której wolimy milczeć, choć w niej nam najwygodniej. Jesteśmy holenderskimi żołnierzami.

Pisanie dzienników z podróży

Od trzech tygodni ćwiczę się w sztuce zapisu. Kolejne wersje tej samej frazy prowadzą do fiaska. Nie potrafię opisać nic, a głównie chodzi mi o opis (zdjęć też już nie umiem robić, zaczęło się od Dziecka: nie da się zajmować Dzieckiem i poszukiwać kadrów). Dręczą mnie wyrzuty, że nic nie ma tutaj o fenickich sarkofagach, o różowych ołtarzach z mnóstwem świętych, o portrecie stada świń Sorolli i dzieciach udających odprawianie mszy.

Właściwie – po tych tygodniach przepisywania i skreślania – lubię tylko dwa fragmenty, zresztą z jednej plaży. Może dlatego, że dobrze pamiętam zachwyt, który się za nimi kryje.

Siekiera już przyłożona

Wbrew obiegowej opinii patronem Lu. nie jest Antoni, ale ten apostoł z siekierą, ten co go z jerezkiej katedry wysłałem M. (fachowiec zawsze z tą siekierą – pisał Bursa o innym świętym).

W Lublinie nie znoszą drzew – tłumaczę Dziecku na Sowińskiego, gdzie na rzeź czekają piękne kuliste klony, a potem rozłożyste drzewa na Racławickich też do wycięcia, jak owe strzeliste lipy na Nałęczowskiej.

Irysy

(Piet Mondrian, Kwiaty w słońcu (Irysy na niebieskim tle), 1909,
kol. pryw., źródło: pinterest.com)

Inne imieniny mojego dzieciństwa

W przeciwieństwie do owych słynnych imienin z sałatką śledziową, które pamiętam w odcieniach raczej pomarańczowych, jesiennych, imieniny Emilii wypadały na początku lata, kiedy robiło się gorąco, kończyły truskawki a zaczynały czereśnie. R. był podówczas miastem jeszcze niepowiatowym, pekaesy do Lublina jeździły często: niektóre przez Kock, inne – przez Bełcząc, który znajdował się nikt nie wiedział gdzie, więc do nich nie wsiadaliśmy. W drodze powrotnej te pierwsze zatrzymywały się w cieniu drzew pod dzwonnicą.

W dzień imienin dom był otwarty (wówczas nie zamykano zresztą drzwi, bo i po co. Morderstwa i rozboje zdarzały się u pułkownika Płócienniczaka). Pierwsi goście (brakuje mi rodzaju żeńskiego, żeby opisywać) przychodzili przed pracą, z samego rana. Kwiaty pachniały, w dużym pokoju podawano ciasto w zależności od mody panującej w danym roku. Raz był to metrowiec, innego razu – cycki murzynki (o nich jeszcze będzie w lipcu). Goście najbardziej oczekiwani przychodzili w garsonkach po południu, zasiadali pod palmą – w owym czasie w dużym pokoju rosło wyhodowane z daktyla rozłożyste drzewo o ostrych jak szpilka czubkach liści. Bukiet o tej porze nie mieścił się już w wazonie, ozdobna gipsówka wypychała się na boki.

Przy stole zasiadała Krysia, trwałą miała zrobioną na fioletowo. I właściwie cały ten passus o imieninach dotyczy tego, że umarła, zresztą jako jeden z ostatnich gości tamtych imienin (pozostali odpływali ulicą Sitkowskiego z powodu raków albo niewydolności serca). Palmy też już nie ma. Kwiaty wyniesione ze stołu trafiały do bukietu na cmentarz. Czekały na święto Anny, ale to już zupełnie inna historia.

Kucharz

Jestem szefem kuchni – zaczął nerwowo, kiedy byliśmy między piętrem trzecim a drugim – i chciałbym podpytać, chrząknął, jak państwu smakowało. Stara pani Dalrymple, która zmywa naczynia, ledwo już porusza palcami, a Gilberto był ranny na wojnie. Ale to dobrzy ludzie.

Wie pan byliśmy w Portugalii, więc owoce morza… – zawsze ceniłem w A. szczerość. Ach, więc proszę nic nie mówić – za chwilę już wsiadał do czerwonego auta.

Rycerz

Czaił się z dwoma butelkami na Wilsonie. Z lodziarni maszerowały właśnie dwa smoki, większy z mascarpone i poziomkami, mniejszy w skórzanej kurtce z palonym karmelem. Ach miał ochotę walczyć ze smokami, w łeb im butelką, ale pospiesznie wsiedli do sto czternaście.

 

 

 

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s